wtorek, 15 lipca 2014

28. SUMMERTIME SADNESS

Wakacyjna pogoda zaczęła wychylać się zza horyzontu dopiero w połowie lipca.
Jakby cały wszechświat opłakiwał stratę przyjaciela i właśnie teraz mówił, że nadszedł czas na ruszenie dalej. Tak jak zrobił Joshua i z uśmiechem dołączył do swych przyjaciół w zaświatach.
  Hermiona siedziała razem z Emmą w lodziarni Floriana Fortescue, rozmawiając o błahostkach, byle tylko odpędzić od siebie ciągły smutek.
Nie powinna...
Josh nie chciałby...
Tyle że Josh nie żyje...
- A mój ojciec na to, że mam wrócić do domu z błoną dziewiczą! - Sarknęła Emma, plując deserem. - Taki wstyd...
Granger wyrwana z kontekstu, zmarszczyła czoło, pokazując tym, że nie ma pojęcia o czym rozmawiają.
Młodsza Gryfonka westchnęła, powtarzając całą śpiewkę.
- Blaise zjawił się w naszym domu z zaproszeniem dla mnie na wakacje...
Hermiona uśmiechnęła się serdecznie, wyobrażając sobie Diabła w półmugolskim domu.
- To cudownie!
Emma przygryzła łyżeczkę.
- O tak, ale ja nie mam jeszcze siedemnastki i...Nie ważne, zgodzili się pod warunkiem, że wrócę z błoną dziewiczą... Takie teksty przy Blaise'ie!...Kretyni.
Granger zachichotała, a sekundę później zakrztusiła się, widząc nadchodzącą osobę.
McKiney odwróciła się, by zobaczyć co przykuło uwagę koleżanki, po czym mruknęła sarkastycznie.
- A to niespodzianka...
I wróciła do lodów.
- Witam, drogie panie... Emmo, jak tam twoja błona dziewicza? Żyje sobie spokojnie? - Draco zadrwił z mściwym uśmieszkiem, dosiadając się do stolika.
- Powiedział ci? Cudownie. - Zironizowała w odpowiedzi, czerwieniąc się jak piwonia.
- O tak! Pan Paul stał się moim idolem. Koniecznie muszę się z nim kiedyś zobaczyć! - Droczył się dalej, delikatnie szturchając Hermionę, by na niego spojrzała.
- Nie sądzę. - Emma warknęła w odpowiedzi, bawiąc się resztkami lodów.
Dracon po kilku chwilach ciszy uśmiechnął się wyniośle, mówiąc:
- Granger - Zaczął oficjalnym tonem, jakby zaraz miał się oświadczyć.
- Żenisz się, czy co? Po prostu zapytaj. - Fuknęła Emma niezadowolonym tonem.
W tym momencie chłopak obrzucił ją morderczym spojrzeniem, ale ta nie przejęła się nim zanadto.
- Granger - Ponownie podniósł głos, uśmiechając się obiecująco. - czy zechciałabyś towarzyszyć mi na wyjeździe wakacyjnym?
Uśmiech nie zstępował z jego twarzy, a gdy Hermiona pojęła co właśnie do niej powiedziano, zrobiła wielkie oczy niczym dwa galeony.
- Oczywiście, że tak! - Nie zważając na nic, rzuciła mu się w ramiona, niemal spadając z krzesła.
W podzięce chciała go lekko pocałować w policzek, jednak gdy była już centymetr od danego miejsca, Dracon błyskawicznie odwrócił głowę, tak że usta dziewczyny natrafiły na jego wargi.
Kiedy po sekundzie oderwali się od siebie, Gryfonka zbeształa go groźnym spojrzeniem, choć nadal uśmiechała się promiennie.
Josh miał rację; to Draco jest jej prawdziwym szczęściem. Miała nadzieję, że chociaż kilka słów z tego co Lambren wypowiedział w lochach było prawdą, i gdziekolwiek teraz jest, uśmiecha się, widząc jej radość.
- Gdzie Blaise cię zabiera Emmo?...I gdzie my się wybieramy? - Następnym pytaniem zwróciła się do tajemniczo uśmiechniętego Dracona.
- Nie mam pojęcia. - Odparła znudzona Emma. - Pewnie na jakieś słoneczne wyspy. - Dodała z rozmarzeniem. - ... No a gdzie wybiera się ten twój arystokratyczny tyłek, Malfoy?
Blondyn zignorował zgryźliwą uwagę Gryfonki, odpowiadając łagodnie:
- To moja słodka tajemnica.

***

Gdy lipiec powoli chylił się ku swemu końcowi, nadszedł wyczekiwany dzień wyjazdu Dracona i Hermiony.
Gryfonka stała nad swą walizką, myśląc, czy zabrała wszystkie najpotrzebniejsze rzeczy. 
Jeżeli chodziło o ubrania, wzięła wszystkiego po trochu; chłopak do teraz nie zaszczycił jej odpowiedzią, dotyczącą miejsca pobytu.
W końcu usiadła na łóżku, czekając na Ślizgona.
   Po skończonej szkole nie zamierzała dalej mieszkać w starym domu jej rodziców. Nie dałaby rady.
Dzięki wyrazom podziękowania od całej społeczności czarodziejów za uratowanie świata, została sowicie wynagrodzona górą galeonów. Tak samo jak Ron i Harry, jednak ona nie przyjmowała kwoty z wielką radością.
Wiedząc, że nie przekabaci Ministra, by przeznaczył pieniądze na szczytniejsze cele, upchnęła je w swej skrytce u Gringotta z nieukrywaną odrazą.
Nigdy nie wykazywała ogromnego przywiązania do pieniędzy, choć teraz pomogły jej kupić niewielki, ładnie urządzony dom w miłym sąsiedztwie na przedmieściach Londynu.
Oczywiście nie poddała się mugolocepcji do końca; na cały dom nałożyła kilka mocnych zaklęć chroniących - do jej domu teleportować mogli się tylko znajomi i osoby z pozytywnym nastawieniem. Ostrożności przed zagorzałymi śmierciożercami, którzy dalej są na wolności nigdy nie za wiele.
Cieszyła się, że zaklęcia nie wykrywają wypłowiałego znaku Dracona, niemal szarego, jakby niedługo miał całkiem zniknąć. Był tam nadal i zostanie na zawsze, ale zaklęcia pozwalały mu aportować się do jej domu nawet niespodziewanie.
   Ogród nie stanowił dla nikogo zagrożenia - tam mogło dziać się wszystko, bo dom i tak nie pozwoliłby na żadne oblężenie.
- Gotowa? 
Nagle Draco pojawił się w jej pokoju w wytwornym, czarnym jak smoła garniturze.
Hermiona z nikłym uśmiechem pokiwała głową, a ten wystawił zachęcająco ramię, by je uścisnęła.
Drugą ręką przytrzymała swój bagaż i zauważyła, że Malfoy takiego nie posiada. Pewnie już zdążył wszystko odłożyć w miejscu-niespodziance.
Sekundę później poczuła znajome, choć na zawsze nieprzyjemne ukłucie w pępku, oderwawszy się od podłogi.

Otworzyła oczy i od razu zamrugała nimi niedowierzająco.
Z zaskoczenia upuściła walizkę, która z głuchym puknięciem uderzyła o świeżą, zieloną trawę.
Uchyliła usta, ale nic z nich nie wypłynęło.
Blondyn oplótł ręką jej talię, odzywając się magnetycznym głosem:
- Granger, witaj w kraju kwitnącej wiśni.

***

Draco postawił sobie za cel odwrócenie uwagi Gryfonki od ciągłego obwiniania się śmiercią Joshua'y. Wiedział, że to nie będzie dla niej proste, dlatego niczego od niej nie wymagał. Żałoba jest żałobą i całkowicie to rozumiał, pomimo tego, że na myśl o nieobecności Josh'a miał tylko lekkie ukłucie w sercu.
Hermiona była zachwycona wycieczką w tak odległe krainy. Posiadała już jakąś wiedzę na temat azjatyckich rejonów i zabytków, jednak znalezienie się tam i przyjrzenie im z bliska to dwa odmienne światy. 
Była tak zachwycona, że nie miała pojęcia, które miejsce wybrać najpierw; czy zatłoczone i wesołe uliczki Tokio, czy może spokojną wieś i podziwianie niesamowitej architektury? Atrakcje same wchodziły jej na głowę tak, że nie miała czasu na smutek.
Nie osądzajcie jej; prawdopodobnie uznacie, że powinna usiąść w jakiś lochach bez oświetlenia i opłakiwać drogiego przyjaciela, jednak oczy miała już wystarczająco zapuchnięte po straconych na Bitwie o Hogwart, a teraz Gryfonka dorosła. Ostatni rok nauczył ją pewnych wartości, choć wcześniej się z nimi nie stykała: To nie śmierć  jest wrogiem, ale zwykła samotność.
Nie bała się śmierci Josh'a, ani swojej. Smutek dopiero okrywał ją swym przenikliwie zimnym płaszczem na myśl, że już nigdy nie usłyszy jego delikatnego głosu, czy wesołych tęczówek tak bardzo podobnych do jej.
Idea jego odejścia była nieopisanie zagmatwana; jedna część dziewczyny wypełniona była żalem po stracie, a druga na przekór poprzedniej cieszyła się. Cieszyła się, bo Josh'owi nie było łatwo żyć w nie swojej epoce, a teraz jest w lepszym miejscu, uśmiechając się do niej zza błyszczących gwiazd. 
Właśnie teraz zaczęła dominować jej druga połówka.
Josh jej nie opuścił. Będzie jej pilnował niczym Anioł Stróż. Wiedziała to i wtedy uśmiechnęła się w powietrze, będąc pewna, że poczuła delikatny wiaterek na odkrytym ramieniu, pomimo że było okropnie parno i bezwietrznie.
- Granger, może pójdziemy na sushi? - Zapytał Dracon błagalnym tonem, zstępując z nogi na nogę. Tak, tak, był niesamowicie uradowany szczęściem Hermiony, ale ta już trzecią godzinę oglądała jakiś dom, nadal z tym samym zainteresowaniem, gadając od rzeczy.
Malfoy nie miał bladego pojęcia, że Azja będzie strzałem w dziesiątkę. Wybrał miejsce według własnych kryteriów. Sam uwielbiał te klimaty, jednak wolał centrum Tokio późną nocą, niż zwiedzanie starych cudów architektonicznych. - Ten dom nie ucieknie.
Nagle odniósł wrażenie, że rozpętał piekło.
- To nie dom, tylko zamek! Zamek Matsumoto! - Odparła z wyrzutem, jednak od razu zreflektowała się, patrząc na swój mugolski złoty zegarek. Ze zgrozą pomyślała, że Ślizgon już faktycznie może dostawać z nią na głowę, choć z chęcią pozostałaby tu jeszcze parę chwil.
Zupełnie zapomniała o głodzie, który jak na zawołanie zabębnił w jej żołądku. - Masz rację - Odezwała się przepraszającym tonem. - chodźmy coś zjeść.
Gdy podeszła do Dracona, ten wygiął usta w półuśmiechu, rozglądając się przenikliwym wzrokiem, czy ktoś specjalny ich nie obserwuje.
Po sekundzie aportowali się w jednej z najbardziej znanych Tokijskich dzielnic - Roppongi, gdzie restauracji, nawet tych wykwintnych, nadających się na podniebienie blondyna było na pęczki.
Siedzieli na specjalnych pufach, zajadając polecone im dania. To było tak niesamowicie odmienne i jednocześnie przyjemne, siedzieć bez żadnych obaw w tak zaludnionym mieście, nie przejmując się intrygującymi spojrzeniami. 
Uśmiech na twarzy Gryfonki był jakby niezmywalny; urzeczona słuchała aksamitnego głosu Malfoy'a, gdzie każde słowo było dla niej poezją, jego uśmiech równał się jej uśmiechowi, a trwał niemal cały czas.
Mieli wakacje. Wakacje od przeszywających spojrzeń znanym im Londyńczyków i od całego Londynu.
Tu było całkowicie inaczej i tym samym nie gorzej. Hermiona z bólem odliczała dni dzielące ich od powrotu do deszczowej Anglii.
A to wszystko zapewnił Draco Malfoy; jej miłość, która z czasem okazała się prawdziwa, cudowny starojapoński domek, niesamowicie spędzany czas, no i on sam. Najznamienitsze co mogło znaleźć się w tym pakiecie. Z nim i Alaska byłaby kolorowa i przyjemna.
Czuła, że oddała mu się w całości. I wiedziała, że nie powinna. Powinna się opanować i trzymać go na dystans, ale miała to gdzieś. Chciała częściej czuć jego chłodne usta na swoich, ciągle prosiła, by trzymał ją za rękę, chciała jego.

***

Zbliżali się do końca ich dalekiej eskapady, a ostatni dzień wykorzystali w najbardziej emocjonujący i niespodziewany sposób;
Słońce zachodziło, gdy roześmiani wylądowali na wyspie Honsiu, by ochłonąć po całym dniu spędzonym w tokijskim Disneylandzie.
Dokładnie tak - Disneylandzie.
Po długich namowach Hermiony, Draco w końcu uległ, dając zaprowadzić się w najbardziej mugolskie miejsce w Japonii. 
To że był nastawiony sceptycznie - to mało powiedziane, jednak nie minęła godzina i obydwoje bawili się jak malutkie dzieci; objadali się watą cukrową, co było pierwszym przeżyciem chłopaka i obserwowali krążące po centrum maskotki z różnych bajek.
Z początku Dracon przestraszył się ich, ale gdy Gryfonka wyjaśniła mu ideę tych przebieranek był pełen podziwu, a pod wieczór Disneylandu nie chciał opuszczać, jak normalne rozwydrzone dziecko, ciągnące matkę za rękę z płaczem w kierunku bramy.
Usiedli pod okazałym, pudrowo różowym drzewem wiśni, tak gęstym, że przypominał watę cukrową z Disneyladnu, trzymając się za ręce.
Zachodzące słońce oblewało dzielący ich zbiornik wodny od wulkanu Fudżi barwą ognia, ale Hermiona nie pomyślała o pożarze trawiącym zapomniane lochy w Hogwarcie. 
Gdy szkarłat napierał na jeszcze widoczny błękit pomyślała o niej i Draco, jako o oddzielnych, różniących się od siebie światach.
Ale nie minęło kilka chwil, gdy woda połączyła się barwami, a dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie, mocniej chwytając dłoń chłopaka.
Chowające się z wulkanem słońce zdążyło oblać ich twarze, gdy Gryfonka, opierając głowę o ramię chłopaka, odezwała się powoli podrywając się do góry.
Czuła, że to ten moment. Bała się go, choć wiedziała, że nastąpi. Bała się, choć to taka piękna i niezapomniana chwila.
Nie dbała o to, czy Ślizgon myślał o niej poważnie. Nie obchodziło ją to. Obchodziły ją jej własne uczucia, a Draco w końcu musi o nich wiedzieć, nie zważając na to jaka może być reakcja.
Sceneria spotkania była tak romantyczna, że sama atmosfera taką się stała; drzewo kwitnącej wiśni ponad głową, a naprzeciwko zachodzące słońce, powoli chowające się za wielkim Fudżi, dające ostatnie promyki zza grzbietów wulkanu.
- Draco - Szepnęła ckliwie, patrząc jak chłopak uważnie zaczyna jej słuchać. Wydawało się, że nawet i jego spojrzenie, zawsze pełne mrozu, teraz zmiękło, choć nie straciło wigoru.
Gdzieś w gałęziach wiśni melodyjnie zaśpiewał ptak.
Otworzyła usta ponownie, by wyznać swe gorące uczucie, gdy on zamknął je swym pocałunkiem.
Można było rzec, że to był pocałunek jak pocałunek - zwyczajny, jednak dla tej pary to był moment bezgranicznej pasji, otwierający wrota do następnego, przypieczętowującego wszystko, etapu miłości.

Teraz zaczyna się moment +18 
Osoby poniżej tego wieku czytają na własną odpowiedzialność (Sama nie mam osiemnastki:D)
* Z powodu liczebności osób, które podały mi maile, a ogólnej liczby czytelników dodaję cały opis *


♫ *czytamy od razu!* Gdy Hermiona delikatnie, choć szybko i zwinnie rozpinała guziki gładkiej, białej koszuli Dracona, ten jednocześnie zaskoczony, choć w pełni gotowy na wszystko, przygwoździł ją do ściany oraz powoli i z gracją, odpinając zamek szarej sukienki obdarowywał szyję dziewczyny gorącymi pocałunkami.
Serca obydwojga biły tak mocno i wyraźnie, jakby zaraz miały przedrzeć się przez całą klatkę piersiową, by połączyć się i stać jednością.
Ślizgon w duchu gratulował sobie, że na początku ich wyjazdu przetransmutował te śmieszne maty, służące Japończykom za miejsca do spania w prawdziwe, miękkie, satynowe łoże z baldachimem.
- Cholera, nie umiem! - Sapnął żartobliwie, szamocząc się z zapięciem stanika, gdy Hermiona zachichotała wdzięcznie, i czule odciągnąwszy jego ręce, sama uwolniła się od zapięcia i odrzucając kremowy, koronkowy biustonosz na ziemię, położyła się na wygodnym posłaniu.
Jej piersi idealnie wpasowywały się w jego chłodne dłonie. Ciepło jakie od nich biło było przyjemnością samą w sobie.
Nachylając się nad nią, sunął z pocałunkami ku dołowi; od wystających, kruchych obojczyków, po jej gładki biust.
Hermiona z rozkoszy jęknęła cichutko, wplatając swe zgrabne palce w platynową czuprynę chłopaka, który oddychając głęboko, przerwał tę cudowną zabawę, by szepnąć jej w oczy.
- Jesteś pewna? - Zapytał powoli i szarmancko, pytając o pozwolenie. Nie chciał jej skrzywdzić w żaden sposób, nawet ten cudowny.
Była tak piękna, niczym grecka bogini miłości. Nie chciał odrywać wzroku od jej kształtnego, nagiego ciała.
Pokiwała drżącą z pożądania głową, a Malfoy uśmiechnął się, będąc z niej dumny i tak samo podniecony.
Zastanawiał się czy będzie jej pierwszym. Ona była i miał cichą nadzieję, że nigdy nie będzie musiał mieć paskudnego uczucia " Jest drugą. " Chciał, żeby była pierwszą i jedyną.
Zgrubienie na jego nadal niezdjętych, czarnych spodniach narastało, gdy Hermiona rozpinała rozporek, a chłopaka naszła fala zimnego potu.
    - Jesteś piękna, Granger. - Zamruczał niczym rozmarzony kocur, bawiąc się jej lokami, gdy nadal pochylał się nad nią z uśmiechem, a  ta speszona po przerwanej 'zabawie' z jej biustem, lekko uniosła dłoń, by zakryć piersi choć ten ją złapał i wcześniej ucałował. - Piękna - Pocałował ją słodko w usta. - i atrakcyjna. - Poprawił się.
Spodnie poszybowały ku podłodze, a Dracon dalej chcąc trochę podroczyć się z Gryfonką, obniżył głowę, by natrzeć swymi wargami na jej, gdy ta, dotykając otwartą dłonią jego klatkę piersiową, niemal usiadła.
Zdezorientowany, poddał się jej, obserwując ruch jej zgrabnych piersi. Nie na długo - po sekundzie wpadł cały w jej złote oczy. To one były najcudowniejsze. I teraz się zbliżyły. A Hermiona ciepłymi palcami po prostu oplotła jego aksamitną szyję, tak samo wpatrując się w jego srebrzystoszare tęczówki z uśmiechem, gdy ciałem chłopaka wstrząsnął przyjemny dreszcz, na dźwięk jej łagodnego głosu.
- Ufam ci.
Te słowa w jej słodkich ustach były jak obietnica. Obietnica, którą zabierze ze sobą do grobu.
Była taka krucha, jak niepowtarzalna, porcelanowa filiżaneczka, której wystarczy za mocne uchwycenie, a rozpadnie się na miliardy małych odłamków, nigdy nie wracając do siebie.
Jednak nie chciał jej zawieźć. Chciał sprawić jej najlepszą z przyjemności jakie istnieją. Jego rozkoszą była sama Hermiona. Naga, czy opatulona kożuchem. Z kokiem, czy w warkoczu. W dresach, czy sukience. Piękna.
      Dziewczyna, powoli wracając na ułożenie na plecach, prawie w ogóle nie mrugała. Nie potrafiła oderwać wzroku od bladej skóry Malfoy'a. Jego umięśnionego torsu, potarganych platynowych włosów. Był jak anioł. Anioł upadły na ziemię.
Bała się bólu - to prawda, ale to miał być całkiem inny rodzaj cierpienia.
Chłopak wciągając powietrze, wsunął się w nią z wyszukaną delikatnością. Hermiona jęknęła z bólu, gdy stali się ze sobą jednością. Jednym ciałem, jedną duszą. I nikt nie mógł im tego odebrać. Byli cali dla siebie.
Zastanowiła się, czy jest jego pierwszą.
Ból był przeogromny, jak to przy pierwszym stosunku, i choć cierpiała, jednocześnie była w niebie.
Gdy Malfoy zauważył jej skapujące łzy po rozgrzanych policzkach, natychmiast przystopował pchnięcie, by z lękiem je scałować.
Każdy jego ruch odczuwała inaczej a tak samo wspaniale. Czasami miał ochotę przerwać, by w spokoju delektować się tą chwilą i czule ucałować czubek nosa Gryfonki, czy uśmiechnąć się, a potem ruszał dalej, wchodząc w nią głębiej i głębiej, by poczuła go całą sobą. I tak się stało, kiedy pomogła mu penetrować swe dziewictwo, pchając ku sobie jego pośladki. 
Ich ciała powoli zaczęły się lepić od potu, ale teraz i to miało cudowny urok.
Pokój wypełniały wzdychania i jęki rozkoszy. Raz żeńskie, a innym razem te męskie.
Obydwoje odczuwali to tak samo mocno i jedynie w swoim rodzaju. Chwila, w której dwoje ludzi, może połączyć się ze sobą w tak niesamowitym stosunku, to jak wersy wyjątkowo głębokiego poematu.
Hermiona oplotła jego plecy szczupłymi nogami, na chwilę przed finałem cudownej rozkoszy. Finałem wszystkiego.
W momencie, gdy jednocześnie rozpadli się na milion pojedynczych kawałeczków, Draco krzyknął " O, Granger! " Zanim zarzucił spoconą głowę na jej ramię, oddychając ciężko. Pachniał zielonym jabłkiem i potem.
Oczywiście mogli sobie wyobrażać przyjemność płynącą z uprawiania miłości, jednak przeżycie jej naprawdę jest odmiennym światem.
Trwali zadowoleni i spoceni w ciszy, oddychając spazmatycznie.
Czuli się tacy spełnieni i pełni miłości do siebie. Nie mogli znieść myśli, że już po wszystkim. Jutro wrócą do szarej rzeczywistości i zapiszą się na swoje Kursy, by zaplanować swą przyszłość do końca.
Ale teraz mieli wykorzystać ostatnie godziny w Japonii najlepiej jak mogli. I podołali temu. Kochali się.
 Kochali się z takim uczuciem i pasją, że majestatyczna Afrodyta uklękłaby przed nimi, klaszcząc.
Hermiona zasnęła w cudownych ramionach Dracona, będąc niesamowicie przemęczoną i obolałą, ale nadal szczęśliwą.
To samo można było powiedzieć o Ślizgonie; uczucie, gdy wysunął się z jej ciała, było jak ostry cios zadany sztyletem między żebrami.
Pragnął jej całym sercem i duszą. Teraz był bezgranicznie pewien, że to dziewczyna teraz zasypiająca obok niego, jest kobietą jego życia. To koło niej chce budzić się każdego dnia i to z nią pewnego dnia chce odprowadzać swe dzieci na King's Cross.
Właśnie teraz ostatecznie podarował jej swe serce. I miał nadzieję, że o nie zadba.
Uśmiechnął się magnetycznie, gdy spojrzał jak powolnie i miarowo oddycha Gryfonka, gdy po chwili sam odpłynął do Krainy Morfeusza, śniąc o rzeczach nie z tego świata.

***

- Gotowa? - Zapytał wesoło, mając uczucie deja vu sprzed dwóch tygodni. obydwoje zwarci i gotowi do powrotu, deportowali się z promiennej Japonii, trzymając się za ręce.
Hermiona nadal była obolała i otępiała, jednak cieszyła się tym. Po raz pierwszy ból sprawiał jej przyjemność. - Granger, witaj w naszym "słonecznym" Londynie. - Powitał ją słowami po wylądowaniu, używając swego pysznego tonu. Obydwoje uśmiechnęli się, rozbawieni, gdyż stolicę Anglii odwiedziło właśnie oberwanie chmury.

Czasu na rozpakowywania nie było zanadto. Był poniedziałek i jednocześnie ostateczny termin zapisywania się na wrześniowe Kursy. 
Równomiernie opaleni, nawet Draco skóra przyjęła kilka promieni słonecznych, zawitali w gmachu ministerstwa.
Ostatnia noc dodała im jakby odwagi. Nie ważne co było kiedyś, teraz byli jednością w dwóch egzemplarzach i nie obchodziło ich żadne niewłaściwe słowo z ust innych czarodziejów.
I jakby na przekór ich oczekiwaniom, nastawienia pozostałych osób także uległy zmianie. Jakby po zakończeniu Hogwartu każdy zmienił swoją tożsamość.
Dean Thomas, którego minęli na jednym z korytarzy, uśmiechnął się do ich dwojga promiennie, gdy zobaczył splecione razem dłonie, a śpiesząca się w "tajemnicze" miejsce Pansy, zapiszczała, wzruszając się " W końcu! " po czym, pomknęła w przeciwnym kierunku, nad czym Draco zdecydowanie ubolewał, gdyż nie widział się z przyjaciółką od miesiąca. Domyślił się, że leciała na spotkanie z Nott'em. Zżyli się ze sobą w ostatnim czasie...Od Nott'a, czy Blaise'a także dawno nie otrzymał wiadomości.
- Emma! - Krzyknęła śpiewnie Hermiona, gdy przed drzwiami, za którymi przyjmowano zgłoszenia, zobaczyła znajome rudo-blond loki. Młodsza Gryfonka na wakacje postanowiła zmienić swój czekoladowy brąz na coś jaśniejszego. 
Koło niej w kolejce stał uśmiechnięty Blaise.
Emma była nieopalona, a wydawało się, że termin ich wakacji także już minął.
- Emmo, jak było na owych słonecznych wyspach, o których wspominałaś? - Zapytała uważnie Granger, gdy Draco i Diabeł już się ze sobą przywitali, Zabini wybuchł gromkim śmiechem, a twarz Emmy zgorzkniała.
- O tak, na Alasce słońce świeci całymi dniami... - Burknęła, żartobliwie szturchając Diabła.
Draco i Hermiona zdębieli. Widzieli, że Emma wolała zdecydowanie dużo bardziej słoneczne rejony i woleli nie wspominać o swojej pogodzie w Japonii.
- Emma przez kilka chwil była w szoku! Nie sądziłem, że tak spodoba jej się perspektywa dwóch tygodni w igloo. - Zachichotał Blaise, drwiąc z jej zaskoczenia, gdy aportowali się przed lodową budowlą Eskimosów, który nie miał nic wspólnego z podnieceniem.
McKiney wywróciła teatralnie oczami, a Hermiona uśmiechnęła się wdzięcznie, rozbawiona. Stali tu razem we czwórkę, gotowi by rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu i nowy etap związków, gdy spojrzała na "oficjalnie" złączone ze sobą dłonie Blaise'a i Emmy.
Czekając na kolej Zabiniego, Młodsza Gryfonka zaczęła wesoło trajkotać.
- ... No i Blaise będzie w Hogwarcie prawie cały czas, bo te praktyki...
- Ała! - Syknęli obydwaj chłopcy jednocześnie, łapiąc się za lewą rękę. Granger błyskawicznie przeszyła Dracona przerażonym spojrzeniem, dotykając materiału jego brązowego, gładkiego garnituru. Niemal to samo uczyniła zdezorientowana Emma.
Obydwie zachłysnęły się powietrzem, gdy Ślizgoni podwinęli swe rękawy, a pod każdym z nich majaczył wyraźny i czarny jak smoła Mroczny Znak.


KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

----------
No i tym miłym akcentem zakończyliśmy pierwszą część mojego opowiadania!
Zaskoczeni? Myśleliście, że wraz z końcem roku szkolnego koniec bloga? Mam nadzieję, bo to miała być niespodzianka!:3

Co do rozdziału... No cóż, nie umywa się do wydarzeń z rozdziału "The last feelings" i wybaczcie, ale to taki miałam zamysł na tą notkę.
Scena łóżkowa? Mam piętnaście lat i nie wymagajcie ode mnie nie wiadomo czego - nie znam się na tymXD
W każdym razie, mam nadzieję, że i tak Wam się podobała.
Zakończenie - Miało być dramatyczne i intrygujące, ale czy wyszło to pozostawiam Waszej opinii:)
Pewnie teraz już domyślacie się co będzie w następnej części?:)

Co do komentarzy odnośnie miniaturki - kto wie, może to właśnie o tym co się dzieje po utracie pamięci Dracona będzie fabułą mojego następnego opowiadania. ( Jeżeli w ogóle takowe będzie )
Dla osób, które jeszcze nie czytały:
http://embroiledlove-dramione.blogspot.com/2014/07/miniaturka-serce-weza.html

A więc... Pierwsza część skończona, ale to nie znaczy, że blog będzie zawieszony, czy cuś, i choć nadal mam problemy z necikiem, i nie mam pojęcia kiedy one ustaną, daty rozdziałów dalej będą chwiejne.
Może najpierw napiszę kilka rozdziałów, a potem będę je po kolei dodawać, żeby nigdy nie być pod jakąś presją czasu, albo nadal będę pisać i udostępniać kiedy będą gotowe - wyjdzie w praniu.

Jako że to ostatni rozdział i pierwszej części, to czy !każda! osoba, która przeczytała go, może napisać pod nim !cokolwiek!? Miejcie litość c:

Trzymajcie się ciepło!
MoonSeer 

sobota, 12 lipca 2014

Miniaturka SERCE WĘŻA

Taka jaka była umowa - tą miniaturkę dedykuję Roni Malfoy, za to, że wzięła udział w mojej akcji jako nieliczna z moich (nadal niesamowitych!) czytelników!

Harry syknął głośno, wybudziwszy się z wyjątkowo dziwnej i potwornej wizji.
Zaraz, wizji?
Voldemort został pokonany.
A blizna widniejąca na czole Harry'ego Pottera zapiekła niemiłosiernie.
- Harry, coś się stało? - Zapytała Hermiona szeptem, badając Wybrańca ostrym wzrokiem.
Harry, Hermiona i Ron stali właśnie w gmachu Ministerstwa, biorąc udział w uroczystości oficjalnego mianowania Shacklebolta Ministrem Magii.
- Żarcie! - Odezwał się rozmarzony Ronald, wskazując palcem na stoliki pokryte niecodziennymi przysmakami.
Na sali panowało nieopisane zamieszanie; burza oklasków, gwizdy, ciągłe migawki aparatów i nawoływania reproterów Proroka Codziennego doprowadzały Harry'ego do szaleństwa.
- Harry! - Hermiona ponownie syknęła, szarpiąc przyjaciela za ramię. Czuła się niepewnie; Harry nie zachowywał się tak od czasu Bitwy o Hogwart.
Wybraniec potrząsnął głową, masując czoło. Nie chciał okazywać oznak cierpienia, jednak pulsujący ból był nie do przeżycia. A ta wizja? Wizje miały ustać.
- Miałem wizję. - Oznajmił sucho, szukając wzrokiem Rona.
- Co to znaczy "miałem wizję", Harry, one powinny ustać! - Hermiona przeraziła się, także nawołując obżerającego się rudzielca, przeżedzając tłum ręką.

Najświeższa wizja Harry'ego Pottera dotyczyła najbardziej nieoczekiwanej przez niego osoby świata; zobaczył w niej niewyobrażalnie mroczny dworek i jego właściciela - największego zgrywusa i aroganta jakiego nosiła ta Ziemia, blondwłosego Dracona Malfoy'a. I tak też opowiedział swoim przyjaciołom, gdy opuścili już gmach Ministerstwa. 

Dziś mijał miesiąc od stoczenia bitwy na dziedzińcu szkoły magii i czarodziejstwa w Hogwarcie i pokonania najpotężniejszego czarnoksiężnika od czasów Salazara Slytherina.
Strach opuszczał już wszystkich, a dusze napełniała błogość i szczęście.
Dzieci nie mogły doczekać się przywdziania swych czarnych szat w ekspresie odjeżdżającym z peronu 9 i 3/4 i nauki w nowo odbudowanym zamku.
Starcy cieszyli się, że umrą w czasach pokoju, a dorośli przestali zamartwiać się tym, co przyniesie kolejny dzień.


 Gdy Harry skończył opisywać ów wizję, przy jednej świecy w małym pokoju, użyczonym im przez łysego właściciela Dziurawego Kotła, Ron otworzył niedowierzająco usta, przybierając tępy wyraz twarzy, a Hermiona pisnęła cicho.
- Wiecie co to znaczy, prawda? - Zagadnęła ich w końcu, po minucie ciszy, gdy oblała ją fala zimnego potu, a na karku pojawiła się gęsia skórka.
- ...Jest jeszcze jeden horkruks. - Dokończył za nią Harry, a szkła jego okularów zaświeciły się światłem bijącym od świecy, gdy wpatrywał się w nią zrezygnowanie.


Trójka przyjaciół chodziła właśnie w kółko po opuszczonym salonie Dursley'ów, starając się wymyśleć jakieś racjonalne wytłumaczenie odnośnie dziwnej wizji Harry'ego. Jeżeli znowu nie mieli czuć się bezpiecznie, to mugolski dom był najodpowiedniejszą kryjówką.
- Może to normalne? - Zagadnął ich Ron, drapiąc się po głowie.
Pozostała dwójka obrzuciła go idiotycznym spojrzeniem.
- Nie bądź głupi, Ron. - Prychnęła Hermiona, siadając na stole. - Harry nie miał wizji od miesiąca, prawda, Harry? - Dopytała ostro, wpatrując się na opierającego się teraz o framugę drzwi Harry'ego z założonymi na piersi rękoma.
- Nie. - Zaspokoił ją.
Sekundy przerodziły się w minuty, a te szybko zamieniły się w godziny i nim się obejrzeli, wybijała dwudziesta druga. Jednak żadne z nich nie kwapiło się, by opuścić mugolski dom. Nie bez konkretnego planu.
- Chyba mam pomysł. - Okrzyknął w końcu rudzielec, zrywając się z wyczarownego fotela. - I to banalny... Malfoy Manor jest czymś w rodzaju fortecy śmierciożerców, co nie? - Wodził wspaniałomyślnym wzrokiem po dwójce słuchających przyjaciół. - Musimy przesłuchać jakiegoś kretyna w czerni! - Klasnął na koniec w dłonie, jakby oczekiwał takiej samej reakcji od pozostałych.
Hermiona zwiesiła głowę, kiwając nią na boki.
- Ron, przesłuchiwanie śmierciożercy nie będzie takie proste jak uważasz. - Rzekła zrezygnowanym tonem, a Harry uśmiechnął się drwiąco. - Który zdrowy o zmysłach poplecznik odpowie nam na pytania, bez konieczności tortur? - Ostatnie słowo wypowiedziała, wzdrygając się. - No i najważniejsze, jak mielibyśmy złapać śmierciożercę z najbliższego kręgu Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać? Ci, którzy nie siedzą w Azkabanie nie przyjdą do Dziurawego Kotła na kufel kremowego piwa...
- To prawda, Ron. - Potwierdził Wybraniec, odrywając się od ściany, by wyjrzeć przez okno.
Cisza znowu wypełniła pokój.
Każdy wytężał mózg, jednak strach, że na prawdę mógł zostać jeszcze jeden horkruks do zniszczenia nie pozwalała myśleć jasno. Musieli działać szybko, zanim wszystko z powrotem wpełznie między kartki Proroka, a ciągłe przerażenie ponownie zagości w domu każdego czarodzieja na wzmiankę, że Czarny Pan pozostawił po sobie coś, co nigdy nie pozwoli jego duszy umrzeć.
Lecz wtedy w głowie Harry'ego pojawiła się myśl, która budziła uznanie do Toma Riddle'a. Pozwolił mu się zniszczyć, wiedząc, że jeszcze jedna jego cząstka gdzieś sobie urzęduje, gwarantując mu kolejny powrót. Nie od razu, nie jutro, ani za tydzień, ale kto wie kiedy?
Szczęściem w nieszczęściu można było nazwać to, że czarnoksiężnik widocznie nie przewidział tego, że po destrukcji jego ciała, wizje Harry'ego nie ustaną.
Sam Harry nie wiedział dlaczego one jeszcze występują, ale nie czas był, by teraz użalać się nad tym połączeniem, ale by dziękować Merlinowi, że dowiedział się o tym w porę.
Jednakże, nadal mieli dziurę w mózgu. Hermiona powiedziała wszystko jasno; nie ma jakiejkolwiek możliwości, by mogli złapać jakiegoś śmierciożercę, nie mówiąc już o jego przepytywaniu. Nie mógł sądzić, że Czarny Pan obdażył kogoś jeszcze prócz Bellatriks Lestrange zaufaniem na tyle dużym, by wyznać mu sekret dotyczącym skrawków jego duszy.
A czas uciekał. Uciekał i coraz bardziej przybliżał ich do klęski. Musieli uratować świat do końca i porządnie. Tak jak już uznała cała społeczność czarodziejów.
- Powtarzam ci, Ron, że nie damy rady przesłuchać śmierciożercy, nawet jeżeli udałoby nam się go złapać! - Hermiona zaczęła tracić cierpliwość do drążacego dziurę w brzuchu Rona. - Bez veritaserum, które jest teraz nieosiągalne, czy bez niewybaczalnego zaklęcia Imperio, to nie jest możliwe. Żaden śmierciożerca o zdrowych zmysłach nie wyjawi ci istotnych informacji na temat jego pana... Conajwyżej w odpowiedzi splunie ci na twarz. - Dodała, naburmuszona.
Harry nie mając już sił, odwrócił się w stronę swej komórki pod schodami.
Wrócił myślami do czasów, gdy jego jedynym zmartwieniem był dobrze usmażony bekon dla wuja Vernona, czy dobre nadstawianie policzka Dudley'owi, kiedy nagle pokój przedarł krzyk rozwścieczonego i zażenowanego rudzielca.
- Słuchali Voldemorta, to dlaczego nie mieliby posłuchać osoby, która go zgładziła!?
Tak jak przez chwilę było głośno, tak teraz zaległa grobowa cisza.
Hermiona tępo zamrugała powiekami, a Harry odwróciwszy się, zastygnął w tej samej pozycji.
Obydwoje spojrzeli na Rona, który teraz na prawdę chciałby cofnąć swoje słowa, po ich zrozumieniu...
Niezdjęte tabu...
Gdy wtem rozległo się głośne pyknięcie, a tyłem do całej trójki Gryfonów, aportował się mężczyzna odziany w czarny jak smoła garnitur.
Wszyscy zamarli, a gdy ów gość-śmierciożerca odwrócił się sztywno, jakby siłą wyrwano go od popołudniowej herbaty i nie wiedział gdzie aktualnie się znajduje i najważniejsze: dalczego, Gryfoni spojrzeli po sobie nieobecnym wzrokiem, stojąc sztywno, jakby połknęli różdżki, kiedy spostrzegli jasne włosy i zimne oczy Dracona Malfoy'a.
- Teraz! - Krzyknął wojowniczo Ron, a Hermiona i Harry odruchowo rzucili na Ślizgona zaklęcie Drętwoty.

- Zabiję cię, Potter... - Mruczał Malfoy, powoli wybudzając się z zamroczenia po podwójnym przyjęciu zaklęcia.
Otworzył powoli oczy, a zaraz potem zachciał się podnieść. Nadaremnie. Siedział na twardym krześle, przywiązany do niego mocnymi sznurami. Nie musiał być także geniuszem, by spostrzeć, że nie ma w swojej kieszeni różdżki.
Przed nim stali Bliznowaty, Łasic i Szlama Numer Jeden, obrzucając go wzrokiem bazyliszka.
- Dobra, Malfoy... Gadaj. - Warknął Ron, machając różdżką przed nosem skonsternowanego blondyna.
Był związany przez trójkę swoich odwiecznych wrogów, zaraz po tym jak napastowali go odrętwiającym zaklęciem i teraz ma gadać? Co ma gadać...
- O co wam chodzi, cudowni wybawcy naszego świata? - Zaironizował odrętwiałym tonem, szarpiąc się z więzłami.
- Nie baw się z tym, Malfoy. Hermiona je zaczarowała. - Zapewnił go Harry, spoglądając na Gryfonkę z czcią wypisaną na twarzy.
Ron ponownie nakazał Ślizgonowi mówić.
- Wiemy, że w tym twoim nawiedzonym dworze jest kolejny horkruks, Malfoy - Zasyczał ponownie Wybraniec, przymrużając oczy.
- Nie miałem pojęcia, że Czarny Pan stworzył jakiekolwiek horkruksy, Potter.
Hermiona zastanowiła się, skąd Dracon zna pojęcie: horkruks, a następnie rzuciła zaklęcie rozwiązujące węzły uwierające przesłuchiwanego.
- Co ty wyprawiasz, Hermiono?! - Zawył Ron, podnosząc ręce ku górze, lecz dziewczyna nie zdawała się tym przejmować. Harry już dopadł do blondyna, lecz ten odepchnął go ordynarnie, masując nadgarstki.
- Liny nie są konieczne. Malfoy jest po naszej stronie, Harry. Uratował ci życie, nie pamiętasz już? - Zapytała oskarżycielsko.
Tak, Draco Malfoy był jej wrogiem i nikim więcej, jednak mogła śmiało powiedzieć, że jest dorosła i pętanie osoby, której zawdzięczają życie, nawet tej najbardziej zuchwalczej jest niedopuszczalne.
Nie wiedziała skąd, ale czuła, że Ślizgon im nie zwieje.
Harry zdawał się okazać skruchę, gdyż skulił się lekko, odwracając wzrok.
Fakt, Malfoy uratował mu skórę, ale Harry już zdążył odpłacić mu tym samym.
Jedyne co mu pozostawało, to zaufanie Hermionie. Serce węża jest punktem nie do przejścia.
Wariaci - Pomyślał Ron, widząc jak Draco rozprostowuje nogi. 
- Ile stworzył horkruksów, Potter? - Malfoy zapytał, wyraźnie zaczynając absorbować się.
Cała trójka Gryfonów spojrzała na niego zaciekawionym wzrokiem. 
- Jesteś trochę nie w temacie, Malfoy, bo miał ich siedem i wszystkie zdążyliśmy już zniszczyć... - Harry odpowiedział zawistnie, a Ron zachichotał drwiąco. Draco zmarszczył czoło. - ...Gdy nie wszystkie były znalezione nawiedzały mnie wizje, które pomagały nam wykryć miejsce kolejnego...Po bitwie wszystko ustało, a teraz...miałem kolejną.
- I co w niej widziałeś? - Dopytywał Ślizgon, a Hermiona zauważyła, że Draco zdecydowanie lubuje się w czarnomagicznych sprawach.
Gdy myślała dalej, ze smutkiem doszła do wniosku, że nie miał wyjścia.
- Ciebie, Malfoy... - Ron odpowiedział głosem, jakby rozmawiał z osobą-warzywem. 
- Ciebie i twój dwór. - Dokończył Harry, zakładając ręce na piersi.
Wszyscy zamilkli, wyczekując odpowiedzi blondyna, gdy ten po kilku minutach ciszy odwrócił się do nich plecami, idąc powolnie w kierunku przedpokoju.
- Gdzie jest horkruks! - Zawołał z nim rudzielec, ze złości robiąc się czerwonym na twarzy.
To wzbudziło agresję i w sercu obwinianego całą tą sprawą, gdy w jednej sekundzie odwrócił się, piorunując ich lodowatym spojrzeniem.
- Czy wyglądam na śmierciożercę z pierwszego kręgu, głąbie?! - Zawył oskarżycielsko, wymachując rękami, a Hermiona poczuła do Malfoy'a coś, co jeszcze nigdy nie miało dla niego w jej sercu miejsca. - Współczucie. Widziała jak z obrzydeniem wymawia słowo " śmierciożerca " i jak widocznie boli go ta przynależność. - I powiedz mi, czy wyglądam na uradowanego faktem, że mam całe lewe przedramię utytłane znakiem największego idioty jaki był na Ziemi? Sądziłem, że chociaż w mózgu nie masz biedy, Weasley. - Warknął w stronę gotującego się do bójki Rona. - Dajcie mi spokój, spadam stąd. - Orzekł sucho, odwracając się z powrotem.
Hermiona westchnęła, nerwowo rozglądając się po pokoju w poszukiwaniu rozwiązania na to wszystko.
- I co, zostawisz nas teraz?! - Zawyła z nutką błagania. - Wejście do Malfoy Manor bez ciebie jest samobójstwem... I nie obchodzi cię fakt, że Sam-wiesz-kto dalej ma szansę odrodzenia się w przyszłości? Nie jesteś dumny ze znaku na lewym ramieniu, to pomóż nam zniszczyć jego twórcę i uratować resztę bezbronnych czarodziejów! - Umilkła na chwilę, jakby nie chciała tego mówić. Wszyscy chłopcy spojrzeli na nią z podziwem. Nawet Draco. - ... Sądziłam, że i Ślizgoni mają w sobie choć krzty...
Malfoy uniósł rękę, by Hermiona umilkła. Tak też zrobiła, zachłystując się powietrzem.
Niezręczna cisza nastała ponownie, wyczekując decydującej odpowiedzi blondyna.
- Potter, i ty Weasley, chcecie być aurorami, prawda? - Zapytał poważnie, a Gryfoni spojrzeli na niego jak na idiotę, po czym pokiwali głowami.
- Kiedy już nimi zostaniecie macie mieć oko na moją matkę i w razie potrzeby chronić ją przed moim popiepszonym ojcem. Inaczej nie poprowadzę was przez dwór. - Postawił jasno swe warunki, a każdy z Gryfonów mimowolnie poczuł miłe uczucie w sercu na wieść, że ktoś taki jak Malfoy troszczy się o kogokolwiek. 
Zaraz po chwili słabości, Ron oprzytomniał.
- Jesteśmy teraz drużyną? Cudownie. - Jęknął, po czym wszyscy deportowali się z hukiem, lądując przed żelazną bramą, otwierającą wielką rezydencję Malfoy'ów.
Wszystkich z wyjątkiem Dracona przeszedł niemiły dreszcz, gdy pręty otwierały się z przenikliwym skrzypnięciem. Wokół nich rósł ciemny bluszcz, nadający przerażającego wrażenia...Niczym motyw słabego mugolskiego horroru, kiedy grupka podekscytowanych nastolatków wyrusza przeszukać stary opuszczony dwór, którego nawiedzają duchy.
Zawitali pod murami, gdy było już ciemno, a cały ogród oblewało jasne światło księżyca, powodując że małe, starannie przystrzyżone krzaczki wyglądały, jakby zostały oblane płynnym srebrem.
Nie potrzeba było ślizgońskiej przebiegłości, żeby ustalić, że trójka Gryfonów ma być pod wpływem zaklęcia Kameleona, a Draco ma zachowywać się spokojnie i jak gdyby nigdy nic.
Blondyn nie sądził, że w całym swoim życiu będzie współpracował ze swymi wrogami i powinien przeklinać się, ale obmyślanie z nimi strategii, jak wedrzeć się niepostrzeżenie do Malfoy Manor oraz ich pojedyncze żarty i śmiechy były dość przyjemne. Takie odmienne.
Ratował się myślą, że robi to dla horkruksów. Chcąc, nie chcąc były częścią jego marnego świata, a sama ich historia i idea była szalenie interesująca i tylko głupiec by to podważył.
- Co z tego, że znajdziecie tego horkruksa jeżeli nie macie czym go zniszczyć? - Zauważył z wyższością Ślizgon, szczycąc się swą wiedzą w tym temacie, której nie posiadają Gryfoni. Bazyliszki nie pełzają po piwnicach.
 Radował go widok zbitego z tropu Pottera i reszty jego gwardii. 
Prychnał wzgardliwie, gdy Harry otworzył usta, a następnie je zamknął.
- Nie wspomnę już o znalezieniu tego. Nie wiecie co to jest, nie wiecie gdzie to jest, macie najmniejsze pojęcie jaka ta posesja jest ogromna? Nie, Weasley, to nie ta twoja klatka, którą nazywasz domem. - Zaczynał ich co raz bardziej zniechęcać, a Rona obrażać.
Ręce rudzielca poszybowały w stronę twarzy Dracona, lecz pomiędzy nimi stanęła wojownicza Hermiona, gromiąc to jednego to drugiego piorunującym spojrzeniem, następnie odciągnęła go od Ślizgona, by w spokoju rzucić na siebie i przyjaciela zaklęcie, powodujące ich niewidzialność.
- No nic - Zreflektował się Malfoy, dziwnie naturalnym głosikiem. - możemy spróbować.
Po czym z półuśmiechem powolnym krokiem ruszył przez bramę dróżką do dworu. Niedługo tym się cieszył; po chwili Harry złapał go za łokieć i dość brutalnie pociągnął do siebie. Nie zdążył jeszcze rzucić na siebie zaklęcia kameleona.
- Gdzie jest haczyk, Malfoy? - Syknął jadowicie, przenikając go wzrokiem zza swych okrągłych okularów. Nie sądził, by zdradziecki Ślizgon bezpiecznie przeprowadził ich przez dom pełen śmierciożerców, mrocznych artefaktów i Bóg wie czego jeszcze, ale ten tylko odparł oschle, wyrywając się z uścisku. 
- Wątpisz w mój honor?
Harry cofnął rękę, mrużąc oczy.
- Wątpię w prawdę twoich słów. - Odpowiedział powolnie, a Draco zrzędliwie wydmiął usta, przewracając swymi świecącymi oczyma.
- Rzuć na siebie zaklęcie, Potter. - Tym zdaniem zakończył ich żałosną konwersację, po czym odszedł, a ciepły wiatr rozwiewał jego rozpiętą marynarkę.
Harry spojrzawszy na dwór, zastanowił się co ich tam może spotkać. Żadne światło nie było zapalone, jednak nie sądził, by nikogo nie było w środku.
Rzucił na siebie zaklęcie i pobiegł za resztą, modląc się do Merlina.


- Panie Carrow - Draco grzecznie skinął głową, witając się z przechodzącym po korytarzu śmierciożercą, lecz ten nic nie odpowiedział, jakby Dracona z nim nie było.
Trójka Gryfonów cały czas szła za Ślizgonem gęsiego, uważając na osoby często pojawiające się na drodze.
- Mamy tak łazić po tej katastrofie architektonicznej w kółko, czekając, aż usłyszysz tego horkruksa? ...Harry, prędzej czy później ktoś się połapie, że Malfoy kręci się wszędzie jak opętany. - Zauważył cicho Ron, rozglądając się po korytarzu.
- Czy mamy inne wyjście? - Postawiła jak zwykle najważniejsze pytanie Hermiona, które rozwiało wszystkie wątpliwości.
Szli i szli, co raz bardziej zagłębiając się we wnętrzu rezydencji. Każdy korytarz był tak długi, że wydawało się iż nie ma końa, a gdy nareszcie dochodzili do rozwidlenia, i po prawej i po lewej rozciągał się identyczny, ciągnący się korytarz, a po jego bokach miliony drzwi, prowadzących do poszczególnych komnat.
- Słyszysz coś, Harry? - Jęknął Ron, będąc rady, że w końcu może podnieść głos, gdyż byli sami, a jedyne światło jakie tu urzędowało, to marne płomienie staroświeckich świec.
Harry nie odpowiedział. Miał już dosyć ciągłych pytań o to samo, a przecież musiał się skupić.
Przemierzali rezydencję, ukradkiem wślizgując się do poszczególnych komnat, to znowu maszerując, nie robiwszy hałasu.
Draco co chwilę musiał wymyślać nędzne wytłumaczenia, dlaczego znajduje się w jednej z bardziej nieodpowiednich dla niego skrzydłach dworu, gdy w końcu upewniwszy się, że są sami, padł zrezygnowanie na okurzone płytki, z głuchym puknięciem opierając platynową głowę o zimny mur.
- Nie wiem, jak wy chcecie znaleźć coś nie-wiadomo-co, w tym domu. - Jęknął, olewając swoją grację i wyniosłość.
- Nie nazywaj tego domem, bo robi mi się niedobrze. - Ktoś warknął ociężale, a Ślizgon postawił na rudzielca.
Zmęczony Harry, przechadzał się po opuszczonym korytarzu, oglądając artefakty w szklanych gablotach.
To muzeum, nie domek - Pomyślał z przękąsem, przyglądając się pozostałościom po najświetniejszym Ślizgonie - Merlinie.
Przeszedł kilka kroków w bok, by zobaczyć jaki napis widnieje na złotej sztabce przybitej do pobliskiej szarej cegły.
- Ała! - Syknął, z przerażeniem łapiąc się za bliznę, która zapiekła żywym ogniem.
- Harry? - Zapytała niepewnie Hermiona, a reszta za nią powstała i podeszła do Wybrańca, czując, że coś się święci.

" Tu zostało zamurowane serce najświetniejszego czarnoksiężnika swych czasów, współzałożyciela Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie wężoustego Salazara Slytherina. "

Przeczytał Ron chrapliwym tonem, a Harry'ego głowa zaraz miała wybuchnąć od ciągłych wężowych szeptów zza muru.
- Jedno jest pewne - Zaczął Malfoy swym klasycznym, pysznym tonem. - Tej rysy - Przejechał dłonią po zimnej cegle. - wcześniej nie było.

Jedno pożądne " Bombarda Maxima! " , wcześniejsze " Muffliato " oraz kilka zaklęć torujących przejście na ów korytarz i Serce Węża potoczyło się niemrawym ruchem po podłodze.
Draco wzdrygnął się z nieprzyjemnym uczuciem w żołądku, a Ron cały zielony na twarzy z trudem wydukał:
- Nie powinno już się rozkładać? Przecież to ma z tysiąc lat!
Hermiona i Harry zignorowali tą banalną myśl, ale nie Ślizgon.
- Weasley, pamiętasz jak powiedziałem Longbottomowi, że gdyby mózgi były ze złota byłby biedniejszy od ciebie? - Prawa brew rudzielca zadrżała niebezpiecznie, a w parze z nią trzęsła się lewa dłoń, gotowa do uderzenia. Nie odpowiedział. - To teraz na chwilę zamieniasz się w Longbottoma. - Dokończył, mrugając do niego zawadiacko, pomocnie gestykulując dłońmi, po czym zachichotał, gdy Ron wystrzelił ku niemu jak z procy.
Draco stał nieruchomo, gdy rzucił na siebie zaklęcie tarczy, a biedny Weasley wpakował się w nią z impetem. 
- Ron! - Syknęła Hermiona, gdy chłopak runął z hukiem na posadzkę, a Harry pomagał mu wstać. - ...To Malfoy, nie daj mu się omamić! - Szepnęła mu matczynym głosem, kiedy Draco chodził po korytarzu, uśmiechając się raz po raz. - ... A serce zostało magicznie zakonserwowane. - Dodała sucho, gdy w tym samym czasie Harry wyczarował pudełko, do którego różdżką wprowadził narząd.
Cudownie, mieli ostatniego horkruksa. Serce Salaza Slytherina. Serce Węża. Rzecz, od której zależały losy całej społeczności czarodziejów, ale czy posiadali broń, po której uległaby zniszczeniu?
- Malfoy, macie tu serce Slytherina, włosy Morgany... Czy byłbym głupcem, gdybym zapytał czy macie tu w lochach jakiegoś bazyliszka? - Zaironizował z niesmakiem Harry, otrzepując kolana.
Wszyscy spojrzeli z zaciekawieniem na Ślizgona, prychającego z pogardą.
- Po co wam jad, skoro jest zaklęcie? - Orzekł w końcu, jakby to była najjaśniejsza rzecz pod słońcem. - ... No co - Zaczął ponownie, gdy trójka Gryfonów wbiła w niego wzrok jak w Marsjanina. - ... Nie wiecie, że jest zaklęcie? 
Wybuchł głośnym, ironicznym śmiechem, łapiąc się za głowę.
- I to są osoby, które uratowały świat... - Oznajmił zawistnie. - ... Chcecie mi powiedzieć, że wszystkie siedem zniszczyliście jadem?
Hermiona przewróciła oczami.
- Jeden zniszczył Dumbledore, a inny był Harry'm. - Odparła z dumą, zakładając ręce na piersi, gdy Draco zrobił oczy wielkie jak dwa galeony. Ludzie nie byli tak wtajemniczani w szczegóły pokonania Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać. Liczyło się tylko to, że został zgładzony. - ... I zniszczył go Sam-Wiesz-Kto...Przecież twoja matka... - Dodała po chwili.
- Nie chciała o tym rozmawiać. - Blondyn odezwał się sucho.  - ... W każdym razie jest zaklęcie...
- Skąd wiesz? - Przerwał mu szybko Harry, mając spore wątpliwości. 
Draco westchnął zrezygnowany.
- Księgi od Czarnej Magii czytano mi do snu, Potter. - Odpowiedział tonem, który sugerował, że jest specem w tej dziedzinie.

Wszyscy udali się to pustych lochów Malfoy Manor. Draco wybrał to miejsce, mówiąc, że jest najbezpieczniejsze, jednak Gryfoni nie mogli powiedzieć, że czują coś więcej niż niechęć i strach.
Rogi każdego przejścia spowiła gęsta pajęcza sieć, a mury gdzieniegdzie zostały obrośnięte kępkami mchu. W powietrzu unosił się parszywy zapach śmierci i wilgoci.
Harry i Ron skradali się jak najdalej od Ślizgona. Mieli już go po dziurki w nosie, lecz Hermiona wyszła naprzeciw odwiecznej nienawiści, próbując się po cichu do niego odezwać.
- My nie znaleźliśmy żadnej wzmianki o zaklęciu niszczącym horkruksy... W żadnej księdze. 
Draco odwrócił się w jej kierunku bardziej zaskoczony niż zły, że szlama "ośmieliła się" coś do niego powiedzieć.
- Wygląda na to, że nie umiesz dobrze szukać, Granger. - Odpowiedział, uśmiechając się zawadiacko. Wiedział, że zdecydowanie rozjuszy tym Gryfonkę.
Nie mylił się. Już po sekundzie Hermiona zreflektowała się piszczącym, choć nadal przyciszonym głosem.
- Wypraszam sobie!
Draco uśmiechnął się jeszcze szerzej, lecz gdy zrozumiał co wyprawia, z powrotem przybrał obojętny wyraz twarzy.
Jeszcze przez kilka minut sprawdzali, czy lochy są bezpieczne i czy nikt ich nie zaskoczy, gdy Malfoy powiedział do Gryfonki. On. On pierwszy odezwał się do Panny wiem-wszystko, Szlamy Numer Jeden, najbardziej zagorzałej wychowanki Lwa świata.
- W tym domu jest sporo ksiąg i obrazów - Hermiona ściągnęła niepewnie brwi. - ... I pewnego dnia spytałem portret Augustusa Arffodel'a... To poprzednik...
- Poprzednik Dippet'a, wiem... - Draco wygiął usta w półuśmiechu. - ...Czytałeś " Historię Hogwartu "? - Dopytała podnieconym szeptem.
Ślizgon spojrzał na nią skonsternowanym wzrokiem. 
- Oczywiście, że czytałem. - Odparł, jakby to była normalka. - ... To coś nadzwyczajnego? - Rzucił na odchodne, jednocześnie zapominając o całych siedmiu latach wzajemnej nienawiści.
- Nie, nie... - Odpowiedziała łagodnym tonem, zakładając włosy za ucho.
Draco podniósł brwi do góry, następnie kontynuując.
- No i zapytałem go o jakąś książkę z zakazanymi eliksirami, rozumiesz... Cokolwiek dotkniesz staje się złotem i tak dalej... Podał mi tytuły takich ksiąg, mówiąc, że nie mam dać się omamić, a jak poszedłem do naszej biblioteki obok tej książki z eliksirami natknąłem się na całą poświęconą horkruksom...
Hermiona zastanowiła się dlaczego nie ma takiego egzemplarza w dziale Ksiąg Zakazanych w Hogwarcie, ani w żadnej czarodziejskiej bibliotece. To zmieniłoby całą ich przygodę z horkruksami.
Draco jakby czytał w jej myślach.
- Pomyśl, Granger. Gdyby wszyscy dookoła wiedzieli, że horkruksa można zniweczyć zwykłym zaklęciem, nie byłoby to już tak strasznie przerażające. Luka jest wszędzie, nawet w czarnej magii. A tak, skoro istnieje stereotyp, że horkruksy są ledwo zniszczalne, w sensie jad bazyliszka i tak dalej, to jest przestroga, by nie bawić się w czarnoksiężnika, by zapewnić sobie wieczne życie. 
Gryfonka zamrugała szybko, nie wiedząc co powiedzieć. Dochodziła do tego samego wniosku sama, jednak byla niesamowicie zaskoczona, że rozmowa ze Ślizgonem jest tak gładka i zdecydowanie na poziomie.
Uznali, że zabiją cząstkę Voldemorta na końcu lochów, a dojście do końca trwało nieskończoność.
Czasami wydawało się, że ktoś ich obserwuje, kraty podejrzanie skrzypią, a po murach biegają samotne cienie.
Harry i Ron nie oglądali się za siebie ani przez chwilę. Wszyscy już byli wykończeni tym całym przedstawieniem.
"Na horyzoncie" pojawiło się niewielkie kwadratowe okienko, symbolizujące koniec korytarza, a Hermiona odezwała się ponownie, już ostatni raz przed rzucaniem finalnego zaklęcia.
- Zaklęcie jest niebezpieczne, czy tak? - Spytała, czując, że inaczej być nie może.
Harry wydostał serce z pudełka, delikatnie ustawiając je różdżką na zakurzonej ziemii, a następnie spojrzał znaczącym wzrokiem na całą resztę i wzdychając, uniósł rękę w geście pozwalającym Draconowi działać.
- Po prostu życz mi szczęścia, Granger. - Odparł po dłuższej chwili aksamitnym głosem, wyciągając zza pazuchy garnituru swą głogową różdżkę.
Do wypowiedzenia formuły zbierał się dość długo; stał, wpatrując się w Serce Węża z gładkim oddechem, gdy trójka Gryfonów w ciszy czekała na jego stuprocentową gotowość.
Nikt nie kwapił się nawet, by go poganiać, choć powoli stawało się to denerwujące.
- Abyssos anima eorum in morte amisit mandabo!* - Szepnął pewnym tonem, gdy z jego różdżki poszybował matowo czarny płomień, z cichym skrzekiem uderzający w narząd, kiedy w tym samym czasie Ron tak samo głośno powiedział z wyrzutem do Hermiony.
- Bratasz się z wrogiem, Hermiono.
Dziewczyna chyba miała odebrać to jako przestrogę przed zdradzieckim sercem węża. Sercem Dracona Malfoy'a.
Odpowiedziawszy na odchodne " Nie bądź śmieszny, Ron ", rozwarła szeroko oczy, widząc jak gałki oczne Dracona podchodzą do góry, a całe ciało poddało się konwulsjom. 
- Malfoy! - Krzyknęła jednocześnie z Harry'm, podbiegając do niego.
Dotknęła zimnej jak lód skóry, która na przekór temu skapywała potem.
Harry przełknął ze strachem ślinę, gdy nagle wszystko ustało, a powieki Malfoy'a opadły.
Gryfoni nachylali się nad nim osłupiali, nie mając pojęcia co zrobić. Czarna magia jest czarną magią, a oni nie znali się na niej na tyle by zdiagnozować przypadłość Ślizgona.
Po kilku minutach Hermiona wstała, by spróbować pomyśleć racjonalnie, bez paniki. Tym razem nadaremnie. Dłonie zaczęły jej się trząść, jakby obwiniała za to siebie.
Wszystko stało się tak szybko...Malfoy z taką lekkością wypowiadał zaklęcie, nie było mowy o żadnej przeszkodzie.
Sam twierdził, że wie co i jak... Jak coś mogło wypaść spod kontroli...
- Hermiono! - Zawołał za nią Harry, a ona jak z procy odwróciła się i rzuciła na kolana, podnosząc głowę Ślizgona na swe kolana.
Nagle jego chłodne, stalowoniebieskie tęczówki zaczęły się pokazywać, choć wydawało się, że są jakieś nieobecne.
Potliwość i konwulsje ustały, a po kilku chwilach bezsensownego bełkoczenia, chłopak zdołał wydukać, łamliwym tonem.
- Wybaczcie, ale kim jesteście?
Hermiona niemrawo pokiwała głową, mrugając powiekami. Jej oddech stał się płytki i szybki, kiedy Ślizgon spojrzał na nich z nieukrywaną ciekawością. Jakby widział ich pierwszy raz na oczy. A nie mógł - znali się siedem lat.
- Nie... - Szepnęła, łapiąc się z głowę. 
" Luka jest wszędzie, nawet w czarnej magii. " - Zahuczał w jej głowie magnetyczny głos blondyna.
Tak - Odpowiedziała w duchu Gryfonka, czując niesamowitą pustkę w środku.
Tyle że ta luka doprowadziła do tragicznej utraty pamięci Dracona Malfoy'a, chłopaka, którego na zgubę wyprowadziła własna pycha.


------------------------------------

Jak zwykle moje niedopatrzenie w filmiku o one-shotach - napisałam, że data dodania miniaturki to 24.07, jednak chodziło mi o ostateczną datę, bo miałam miesiąc.
Pewnie jesteście na mnie źli, bo wbrew pozorom już długo nie ma rozdziału, ale teraz poświęciłam się cała miniaturce, a nadchodzący rozdział nie może być napisany na odpiepsz!
Miniaturka skończona, wiec teraz z powrotem biorę się za rozdziały!:3

No a co Wy sądzicie o mojej pierwszej miniaturce? Ja nie mam pojęcia co o niej myśleć, w każdym razie proszę Was o wyrozumiałość w komentarzach, choć nadal apeluję by były obiektywne!:)

Obiecana wcześniej czekolada dla Roni Malfoy dotarła, Roni skontaktowała się ze mną, że bardzo jej smakowała!
A już niedługo (tak sądzę) jeszcze w wakacje będzie kolejna akcja, a nagroda będzie zdecydowanie bardziej wartościowa niż czekolada!

Do następnego! c:
MoonSeer

PS. Tytuł miniaturki tak niesamowicie mi się podoba, że aż pękam z dumy *wybaczcie przechwałkiXD*. Te dwa dna... serce węża - serce Draco i Serce Węża - serce Salazara, jeszcze nigdy nie wymyśliłam tak głębokiego tytułu:D

*Jak zwykle przy pomocy translatora wyszło to cudeńko:  Nakazuję zatraconej duszy powrócić w swe odmęty śmierci.


piątek, 4 lipca 2014

27. THE LAST FEELINGS

Słowa Blaise'a Zabiniego niemiłosiernie ciążyły na sercu Hermiony.
'O, czyżby?' - Zapytał wtedy, sprawiając, że wszystko ponownie stanęło pod wielkim znakiem zapytania.
Czy Joshua Lambren był jej przyjacielem? Jak nie przyjacielem to kim?
Te pytania towarzyszyły jej w każdy czas, choć w końcu nadeszła chwila, która rozwiała wszelkie wątpliwości.
Kochała go.
Był cudownym oparciem i zawsze mogła znaleźć w nim ukojenie, czy zrozumienie.
Ale to nie wyrafinowany głos Josh'a sprawiał gęsią skórkę na jej rękach i to nie jego ciepły wzrok przyprawiał Gryfonkę o zawrót głowy.
Zetknięcie się ich ciał w uścisku było dla niej puste, natomiast kiedy dłonie Dracona oplatały jej ciało, tuląc je do siebie, czuła się wtedy jak w swej bezpiecznej i osobistej kryjówce, gdzie żaden nieprzyjaciel nie miał prawa się dostać, gdyż Malfoy stał na straży.
To nie serdeczny i grzeczny uśmiech Lambrena sprawiał jej podniesione kąciki ust, tylko łobuzerski uśmiech Dracona Malfoy'a.

Wtedy wszystko zaczęło stawać się dla niej jasne; poświęcenie Josh'a względem Gryfonki, zmarnowany wyraz twarzy, gdy ujrzał ją z Draconem...
'- Wyglądałaś nadzwyczaj pięknie, Hermiono...'
 
Tym się różnił od Dracona i także to było jego przodującą zaletą; mimo swych głębokich uczuć do Hermiony potrafił odłożyć je na drugi plan, dla dobra ich cennej przyjaźni i prawdziwego szczęścia dziewczyny; Draco natomiast zawsze musi zdobyć to co chce i nie spocznie dopóki tego nie dostanie. Będzie walczył do samego końca, idąc do celu po trupach.
A może już od dawna wiedziała, że Josh'a nie satysfakcjonuje miano przyjaciela, tylko potrzebowała czystego przekazu?
Nie chciała go zranić, to była ostatnia rzecz, której by pragnęła, ale nie potrafiła dać mu innej miłości niż ta braterska.
Skoczyłaby w ogień za jednym i drugim, a ich strata bolałaby tak samo mocno, i chociaż wiedziała, że porównywanie osób w jakikolwiek sposób nie jest przyzwoite, to Draco Malfoy dzierżył w dłoni klucz otwierający jej rozgrzane serce.


***

- Moi drodzy - McGonagall podniosła głos na krótkim zebraniu Prefektów z siódmego roku. - dzieli nas równo tydzień od hucznego zakończenia waszej szkolnej edukacji w zamku Hogwart... I oczekuje się od was trochę więcej na tej uroczystości... - Przerwała, lustrując wszystkich swym przenikającym spojrzeniem. - Na rozdanie dyplomów każdy z was przygotuje swoje własne przemówienie dotyczące tego czym po raz ostatni chce podzielić się z kolegami i koleżankami na temat szkolnych wspomnień...Pożegnania, życzenia i podziękowania także powinny być zawarte. Do tego, każdy z was wytyczy jednego siódmoklasistę, który także wykreuje swoją przemowę. Mam nadzieję, że podejdziecie do tego z głową i w czwartek rano będziecie pamiętać co tam nabazgraliście. - Dodała ironicznie, uśmiechając się nikle, a następnie nakazała podnieconym już uczniom opuścić gabinet i udać się na kolację.


***

Główny korytarz tętnił życiem.
Wszędzie można było zobaczyć czarne, bądź bordowe wierzchy absolwenckich biret, w zależności od płci; chłopacy mieli na sobie czarne zestawy, a dziewczęta bordowe.
Na domiar stresu przed tak ogromnym przedsięwzięciem, na uroczystość przybyli także rodzice przyszłych absolwentów.
Hermiona mogłaby czuć się niesamowicie przybita z powodu jej rodziców, którzy nie zobaczą jak odbiera swój dyplom ukończenia Hogwartu, ponieważ nie mają nawet pojęcia, że posiadają córkę. Córkę czarownicę. Ale nie tylko ona była osamotniona w ten dzień; jak zwykle stała z Harry'm przy rodzinie Weasley'ów, Draconowi towarzyszyła tylko matka. Tak samo Blaise'owi, a Nott towarzyszył im bez żadnych opiekunów.
Trwało zamieszanie, kiedy pan Filch wpuścił wszystkich do sali, by zaczęli zajmować wyznaczone miejsca w oczekiwaniu na dyrektorkę szkoły.
- Jezu, Blaise, idź poproś o togę dla dziewczyn, bo cię nie widać. - Rzucił Draco, wpatrując się w czarną skórę przyjaciela i jego togę tego samego koloru.
- Odwal się. - Odparł rozbawiony, próbując zabrzmieć podirytowanie, kiedy sekundę później przed ich oczyma ponownie znalazły się matki.
- A Draco ma już jakąś pannicę? - Zapytała rodzicielka Blaise'a bardziej Narcyzy niż jej syna, który zdziwiony uniósł brwi do góry, gdy pani Mafloy wbiła w niego swój wymagający wzrok.
- Widziałyśmy tu taką śliczną dziewczynę, na prawdę. Skinęła grzecznie głową i wydaje mi się, że kogoś mi przypomina...Mądry wyraz twarzy, delikatne rysy... Draco, zanim się obejrzysz, będziesz starym kawalerem, a ja oczekuję słodkiej gromadki wnucząt... Te jej brązowe loczki ładnie skrzyżowałyby się z twoim blondem! - Narcyza zaczęła snuć plany, kiedy Blaise zachichotał drwiąco, a Draco przybrał skonsternowany wyraz twarzy.
Brązowe loki i delikatne rysy twarzy?
Nie wierzę. - Powiedział w myślach, uśmiechając się.
- Mamo, można powiedzieć, że jest dziewczyna, którą chciałbym ci przedstawić. - Odpowiedział wyrafinowanie, poprawiając biret.
Oczy Narcyzy zabiły blaskiem, a następnie odeszła, poinformowawszy, że będzie czekać na swym miejscu.

- Mogę prosić? - Malfoy zapytał, skinąwszy głową przed Hermioną rozmawiającą o czymś z Luną. Rzuciła mu pytające  spojrzenie, ale ten szybko wykorzystując zamieszanie i tłok na sali pociągnął ją delikatnie za sobą. - Chciałbym cię komuś przedstawić. - Oznajmił tajemniczo.
- Nie... Chyba nie mówisz o... - Rzuciła z przerażaniem, gdy zobaczyła biało-czarne, rozpuszczone włosy Narcyzy, w których kierunku zmierzali.
- Dokładnie tak, Granger. 
Stanął metr za matką, z uśmiechem wpatrując się w Hermionę. Była piękna i w odsłonie absolwenckiej togi i nikt nie miał prawa temu zaprzeczyć.
Ciesząc się, że nikt nie zwróci teraz na to z jaką małą odległością stoją od siebie, czy w jakim towarzystwie obraca się Gryfonka, przedstawił ją swej rodzicielce.
- Mamo, to jest Hermiona Granger, na pewno ją kojarzysz...
- Granger? - Urwała Narcyza, jakby się przesłyszała, przeszywając dziewczynę ostrym wzrokiem.
Draco nie takiej odpowiedzi się spodziewał i także stracił pewność siebie.
- Mamo... 
Narcyza podniosła ręką by go uciszyć, a jej następnym ruchem było delikatne wyprowadzenie prawej dłoni w kierunku przestraszonej dziewczyny.
- Oczywiście, że kojarzę, kto by nie kojarzył. Cieszę się, że mogłam poznać cię osobiście, Hermiono. - Rzekła z wyszukaną gracją, lekko uśmiechając się. 
Nagle rozwarła szeroko oczy.
- To ty powiedziałaś mi tu dzień dobry! Diametralnie się zmieniłaś od ostatniego czasu kiedy się widziałyśmy... - Urwała, przypominając sobie, że to było na wojnie, a to nie jest czas i miejsce na takie wspomnienia.
    Jedno było pewne: według niej, ostatnią osobą, którą mógł pokochać jej syn, była Hermiona Granger. 
Oficjalnie status krwi nie miał żadnego znaczenia, jednak Draconowi zostało wpojone co innego i nie sądziła, że ktokolwiek mógłby to z niego wyplenić. Takie rzeczy wynosi się z domu i ciągnie się do grobu, jednak ta Gryfonka pokazała mu, że płyn w jej żyłach nie przeszkadza w darzeniu kogoś uczuciem. 
Nigdy nie sądziła, że jej synową mogłaby zostać mugolaczka, pomimo tego, iż od dziecka nie dbała o krew.
Nie miała także powodów, by od razu traktować ją jak członkinię rodziny; przyczyniła się do osadzenia jej męża w Azkabanie, co równało się z częściowo zrujnowaną reputacją, jednakże gdy teraz widziała kojące szczęście w oczach swego syna, na sercu robiło jej się ciepło. Miała dług wdzięczności wobec Hermiony, która zrobiła Dracona całkiem inną osobą niż jego zapuszczony ojciec. Lepszą o niebo.
Nie mogła powiedzieć, że lubi sympatię syna, jednak wiedziała, że zdoła poznać ją bliżej i uczynić ją sobie bliższą.
Początek zaczął się idealnie; nie skreśliła rodu Malfoy'ów pomimo tego, jak ją traktował przez całe jej szkolne życie. To była bardzo godna postawa, którą nie wszyscy potrafią przybrać.
- I serce mi się raduję, kiedy widzę, jak Draco się uśmiecha. - Dodała po chwili, gładząc syna po platynowej fryzurze. - Mógłbyś coś w końcu zrobić z tymi włosami, gdybyś tylko mi pozwolił...
- Chodź, Granger. - Rzucił błagalnie w stronę rozchichotanej już Hermiony, która posłusznie odeszła.
Potem ze smutkiem rozeszli się, gdy sala zaczęła wypełniać się nauczycielami, a tłum rozrzedzać.



***


Wszyscy zasiedli na swoich miejscach; absolwenci z przodu, rodzice na tyłach.
Cztery długie stoły zniknęły, a w ich miejsce postawiono wygodne krzesła, dzielące się na cztery "grządki". Nad każdą widniał ogromny sztandar z emblematem danego domu.
Każdy uczeń czuł się dumnie, siedząc pod swoim zwierzęcym patronem.
    Niedługo po tym, jak gwar ucichł, dyrektor McGonagall powstała, by uroczyście rozpocząć galę.
Nie minęło pół godziny, gdy już połowa absolwentów zaniosła się płaczem, albo chociaż uroniła kilka łez smutku połączonego ze wzruszeniem.
Słowa kolejno wypowiadane przez opiekunów wywierały ogromne emocje. Co prawda każda z przemów nie różniła się wiele od poprzedniej, ale oczy i tak nachodziły wilgocią.
Każdemu miało kogoś lub czegoś brakować; ciągłych wybuchów Seamusa, czy dziwnych spostrzeżeń Luny. Nawet te wrogie spojrzenia Ślizgonów napierające na Gryfonów i odwrotnie, teraz zdawały się być zamierzchłymi i dziecinnymi czasami.
Nikt nie mógł przysiąc, że przyjaźnie i miłości się nie rozpadną, bo nikt nie potrafił powiedzieć co na nich czeka za bezpiecznymi murami Hogwartu!
Wszyscy tworzyli tu swój przyjemny azyl, który teraz mieli opuścić na zawsze.
McGonagall ze łzami w oczach zaczęła wręczać dyplomy ukończenia szkoły. Kolejno wyczytywała każdego ucznia, drżącą ręką i rozchwianym głosem gratulując, a każdy rodzic na dźwięk swego nazwiska bił brawo najmocniej jak potrafił, następnie wycierając nos.

- A teraz chciałabym zaprosić na podest Prefekt naczelną Hogwartu-Hermionę Granger!
Rozległy się gwizdy i oklaski,a Gryfonka spłonęła czerwonym rumieńcem, odłączając się od swojej grupy.
W rękach, które niemal ociekały potem, ściskała swoje przemówienie, choć umiała je doskonale na pamięć. Bezpieczeństwa nigdy nie za wiele.
Motylki grasujące w jej pustym żołądku zdawały szaleć, gdy stanęła przed mównicą, która była tak zaczarowana, by mówca nie potrzebował żadnego asortymentu, by nagłośnić swój głos.
Wzięła głęboki wdech i rozpoczęła wypowiedź godną Prefekt naczelnej.
- Droga pani dyrektor, rodzice - Zaczęła powolnym i głębokim tonem, uspokajając swe nerwy. - I wy, moi przyjaciele...Nadeszła chwila, której wyczekiwaliśmy (Hermiona nie - przecież kochała naukę, choć postanowiła, że postawi się na miejscu trzy czwarte uczniów) od początku roku. Marzyliśmy, by ten ostatni rok minął jakby z bicza trzasł, a potem rozpostrzeć skrzydła i wylecieć na wolność. - Przemawiała takim sposobem, że sala została napełniona ciszą, a każda para oczu wbiła się w jej postać z przejęciem. - Modliliśmy się o ten ostatni dzwon, symbolizujący koniec wszystkiego, ale gdy ten czas nastąpił, czy chcieliśmy podskoczyć wesoło, popchnąć wrota Hogwartu i opuścić go na zawsze? Nie, nie chcieliśmy. - Zaprzeczyła wojowniczo. - W głowach przeleciały nam wtedy myśli związane z najwspanialszymi chwilami spędzonymi w tym zamku, po których mieliśmy ochotę zaszyć się z przyjaciółmi w dormitorium  i nie opuszczać własnego wyleżanego i trzeszczącego łóżka do końca swoich dni... - Przerwała, by otrzeć pojedynczą łzę spływającą swawolnie po jej rozgrzanym policzku. - Lata nauki w Hogwarcie będę wspominać jako te najlepsze, a szczególnie ten miniony, w którym zło i strach nie miało już prawa przeniknąć do naszych kości, a my wszyscy... - Spojrzała na uczniów. - My staliśmy się rodziną...- Kilka osób wygięło usta we wzruszającym uśmiechu. - A rodzina to nie tylko więzy krwi. - Dodała charyzmatycznym głosem, spoglądając ukradkiem na miejsca Ślizgonów. - ...Ubolewam nad tym, że nie wszystkim naszym przyjaciołom udało się tu znaleźć...Lavender...Colin...Goyle...Choć wierzę, że ich serca nadal biją w naszych, a ich duchy pomogły nam dotrzeć do końca końców. - Ponownie przerwała, by zaczerpnąć powietrza. - Tak... Ten rok był dla mnie wyjątkowy...Turniej wspaniale urozmaicił mi codzienność, nowe przyjaźnie mnie umocniły... A miłość dodała skrzydeł. - Przyznała niespodziewanie na końcu, gdy wszyscy zgromadzeni podnieśli się z krzeseł, by nagrodzić dziewczynę owacjami na stojąco i przenikliwymi gwizdami. W sali huczało od ciągłych okrzyków ocierających łez uczniów.
Nie było osoby, której mowa Hermiony by nie dotknęła. Nawet Ślizgoni pociągali nosami.
Wspaniale ujęła wszystkie uczucia, kłębiące się w sercach wszystkich absolwentów.
- Panno Granger - Odezwała się McGonagall przez łzy. - Gdybym miała jeszcze wobec ciebie taki przywilej, powiedziałabym "dziesięć punktów dla Gryffindoru!".
Poklepała delikatnie roześmianą Hermionę, a potem obydwie zajęły swe miejsca, choć Gryfonka dalej przyjmowała gratulacje tak wspaniałej roboty.

Po mowie Prefekt naczelnej, żaden inny Prefekt, czy osoba wybrana nie kwapiła się by ruszyć na podest, jednak odwrotu już nie było.
Następne przemówienia nie dosięgały tego Hermiony do pięt; były krótkie i zawierały tylko suche podziękowania i życzenia, lecz po mowie Pansy (zdecydowanie bardziej rozbudowanej) nadeszła kolej na osobę, którą wyznaczyła.
- Panie Lambren, scena jest twoja. - Oznajmiła dyrektorka, gestem zapraszając Josh'a.
Wyglądał niesamowicie mizernie; zdawał się schudnąć, włosy straciły odrobinę swego blasku, a oczy zdawały się być zmęczone. Choć nie można było powiedzieć, że przestał być przystojny, widać było, że coś go trapi.
On także doskonale wiedział jak wygląda, ale teraz odłożył to na później.
- Czcigodna pani dyrektor i grono pedagogiczne, chciałbym z całego mego serca (które właśnie ukuło go boleśnie, jednakże spróbował to zakamuflować) podziękować za to, że w tak niestworzonej sytuacji, którą było moje nagłe nadejście zagwarantowaliście mi wykwintne potrawy każdego dnia, ciepły kąt, dobrą naukę i poświęcenie...Dziękuję także za to, że te kilka miesięcy, które tu z wami spędziłem były dla mnie najwspanialszymi chwilami w życiu, bo to też wasza zasługa... - Przerwał na moment, wzdychając. - ...Znalazłem tu cudownych przyjaciół i wspaniale mogłem poznać kulturę innego wieku... - Znowu zrobił pauzę. - ...Wiem, że moja obecność nie dla wszystkich była upojeniem - Spojrzał łagodnie na trójkę Ślizgonów, siedzących w ostatnim rzędzie. - i przepraszam was za to, chłopaki... - Dodał ze skruchą, a ku zdziwieniu samym sobie, Nott, Blaise i Dracon pomimo, iż nienawidzili Lambrena całym sercem, teraz poczuli się jak najwięksi zwyrodnialcy świata. - ...Jednak czym byłoby to wszystko, gdyby nie Hermiona Granger? - Zapytał uroczo, przykładając swą różdżkę do żuchwy, gdyż odszedł od mównicy, kierując się ku miejscom Gryfonów. - ...Hermiona Granger... najwspanialsza osoba, jaką udało mi się spotkać... - Oto wrócił dawny Draco, wywracający ponuro oczami. - ...Osoba, dzięki której zacząłem żyć na nowo...Dosłownie. - Dodał rozbawiony, gdy przyprowadził dziewczynę na środek sali.
W miarę swych sił uśmiechnął się promiennie, kiedy potoczyły się głośne oklaski, podczas gdy Gryfonka stale skulona i zarumieniona, nagle rzuciła się na Josh'a z przyjacielskim uściskiem.
- Dziękuję, Hermiono... Za to wszystko. - Szepnął jej do ucha, gdy na podest wmaszerował przedostatni mówca, właśnie upoważniony do zabrania głosu Draco Malfoy.
      Blond włosy Ślizgon ustawił sobie spokojnie pergaminy z zapisaną przemową na mównicy, wzdychając.
Z początku myślał, że jego mowa nie będzie odpowiednia, gdyż zawierała treści, które nie do końca zgadzały się z jego myślami (wszystko na rozkaz profesor McGonagall - suche podziękowania i komplementy, nie były dla niego.) ale po wysłuchaniu poprzednich, mógł spokojnie odetchnąć, bo niektórzy opowiadali takie ckliwe farmazony, że jego przy tych, to były niemal obelgi!
Nie musiał prosić o ciszę; ta zaległa, gdy tylko stanął na podeście.
           Po krótkich wstępach kierowanych do nauczycieli i rodziców, przeszedł do głównej części swej przemowy.
- Wszystkie lata w Hogwarcie były niesamowite, o tak. - Opowiadał tonem pełnym gracji. - Poznałem przyjaciół, którym dziękuję, że zawsze mogli ze mną być i jestem wdzięczny moim wrogom - Uśmiechnął się drwiąco w kierunku emblematu Lwa. - bo bez nich też byłoby nudno... - Przerwał, by szybko przeczesać włosy palcami i przełknąć ślinę. - Ale to ten ostatni rok będzie tym, który nauczył mnie najwięcej. - Wciągnął powietrze, jakby nie był pewien czy brnąć dalej. - Umiem już uwarzyć Felix Felicis, nauczyłem się na pamięć księżyców Jowisza...
- Ty to ale kozak jesteś! - Krzyknął Nott, uśmiechając się, a Draco uroczo zrobił to samo. - ... Ale tego roku stała się także najbardziej nieoczekiwana...Niespotykanie piękna, a zarazem niebezpieczna rzez, która jednocześnie napawa mnie przerażeniem swej potęgi i nieopisanym szczęściem... - Urwał, uśmiechając się nikle do grupy Gryfonów. - ... Zakochałem się. - Dodał niedowierzającym tonem, bezradnie rozpościerając ręce, choć uśmiech nie zstępował z jego twarzy.
Wtedy sala ponownie wybuchła gwizdami aprobaty Ślizgonów, a Draco niemal podrzucany ku górze przez przyjaciół doczłapał się do swego siedzenia, gdy za mównicą stanął rzekomo kończący całe posiedzenie Blaise i jego przemowa.
Teraz humory absolwentów uległy zmianie; po mowach łamiących ich serce i wymuszających łzy, nadszedł czas uśmiechnięcia się i cieszenia ostatnim wieczorem spędzonym razem.
Diabeł wyglądający niesamowicie poważnie, zaczął chronologicznie ustawiań kilkanaście kartek pergaminu.
Miał kamienny wyraz twarzy, a ruchy wyrafinowane, jednak sztywne.
Splótł dłonie w kulkę, łokciami opierając się o mównicę, niczym mugolski kapłan, głoszący kazanie.
Przymknął lekko oczy, jakby był w zadumie, oddychając przez pewien czas głęboko i miarowo, gdy na sali zaległa niepewna cisza.
♫ - Łaskawa pani dyrektor, kochana matko i moi cudowni przyjaciele... - Kiedy minęło kilka minut zaczął mówić wolnym, choć poważnym i donośnym tonem, przebiegając wzrokiem po każdej osobie w Wielkiej Sali. - ... Ja mam do powiedzenia jedno... - Znów ten dorosły i jeszcze wolniejszy ton. - ... KOŃCA ROKU NADESZŁO SEDNO! - Ryknął swym prawdziwym, ożywionym głosem, wyrzucając w powietrze stertę ułożonych wcześniej, teraz widać było, że pustych papierów, a oklaski, które teraz miały miejsce sprawiały, że szyby w oknach niemal się trzęsły.
    Blaise grzecznie skinął głową w kierunku dyrektorki i wszystkich nauczycieli, a następnie pobiegł za resztą wiwatujących uczniów, którzy wrzeszcząc, gwiżdżąc i co tylko, popchnęli mocno drzwi zamykające Wielką Salę nie dbając już czy ktoś ma jeszcze coś do ogłoszenia, tylko o siebie i ostatni dzień w tym zamku. Wybiegli na oświetlony główny korytarz, pozostawiając osłupionych rodziców i wykładowców samym sobie.
Wtedy także zaczął bić największy dzwon Hogwartu.
           Świeży absolwenci z dumą rozwarli główne wrota zamku, a od razu uderzyła w nich ciężka masa ciepłego powietrza i błyszczące, czerwcowe słońce.
Na błoniach siedzieli wszyscy młodsi uczniowie. Na wskutek zakończenia siódmych klas mieli wolne, a pogoda dopisywała jak najlepiej.
Każda para oczu wbiła się w stojących w przejściu po trójkącie kolegów i koleżanki, gdzie na czele, czyli wierzchołku ich ułożenia stał wyniosły Draco Malfoy, jego trupa oraz Harry Potter wraz ze swymi przyjaciółmi.
Zabrzmiało ostatnie uderzenie dzwonu, gdy wszyscy dyplomaci z ogromnym uśmiechem na ustach i zbiorowym okrzykiem wyrzucili swe absolwenckie birety ku górze.
Spostrzegła ich i Emma, która w trymiga podbiegła do Blaise'a, który uchwycił ją i zakręcił kółko wokół siebie, śmiejąc się.
Z tej przyczyny Draco spojrzał na sekundę w stronę Hermiony przepraszającym wzrokiem, że oni przy wszystkich skupionych na każdym nie mogli nawet podać sobie rąk.



***


Podekscytowani absolwenci, chcąc jak najciekawiej i przyjemniej wykorzystać ten czas, udali się do wesołej wioski Hogsmeade.
Jedni ruszyli w kierunku Wrzeszczącej Chaty, inni do Miodowego Królestwa, by po raz ostatni napchać się słodyczami nie z tej Ziemi, jednak zdecydowana większość popędziła do Trzech Mioteł.

Tak, tak, przemowy dotyczące zmiany nastawienia względem uczniów z innych domów były przepiękne, ale i tak Lwy i Węże siedziały przy stolikach jak najbardziej od siebie oddalonych.
Pocieszające było to, że nie tak bardzo ubolewali nad swoją wzajemną obecnością; po prostu zajęli się sami sobą, wspominając własne chwile spędzone w dormitoriach.
*Koniec pioseneczki*
     Jednakże, nie każdy był twardo zaabsorbowany swym domem; Hermiona kątem oka zauważyła, jak zmarniały Josh grzecznie odmawia kieliszka wykwintnego szampana, którego Madame Rosmerta rozdawała każdemu na koszt firmy.
Nie było możliwości, by mogła to usłyszeń, ale Joshua wtedy szepnął barmance do ucha:
" - Problemy z wątrobą, proszę Pani. "
Gryfonkę ścisnęło coś nieprzyjemnie w żołądku na ten widok, lecz nagle pojawiła się przed nią Rosmerta, wpychając z uśmiechem w dłoń kieliszek.
     ♫  *Zaczynamy czytać, gdy już się zaczyna muzyczka:)* Nie wiedziała jak i dlaczego, ale jakaś nieznana siła nakazała jej ponownie spojrzeć na przeciwległy róg sali, a gdy powolnie to uczyniła, napotkała stalowy, przenikający do jej duszy wzrok Dracona.
Poczuła falę zimnego potu, gdy chłopak nie zamierzał spuścić oczu. W jej planach to także nie miało miejsca. Nie dałaby rady - to było jak hipnoza.
Nie miała pojęcia jakim cudem, ale te skrzyżowanie się ich źrenic, kiedy wszyscy dookoła śmiali się i rozmawiali było niezwykłe.
W głowie przeleciały jej prawie wszystkie spotkania ze Ślizgonem.
" - Kto podbił ci oko, Granger? Chcę mu posłać kwiaty! "
Przypomniało jej się, choć teraz i te sytuacje zdawały się być jakieś inne...Jakby elektryczne. Jakby nigdy nie mogli przełamać tej odwiecznej nienawiści ze względu na miejsca, w których się znaleźli...
Mignął jej w myślach moment, gdy w nieopisanie mocnej ulewie przytrzymał ją przed upadkiem. 
Ich pierwszy moment bliskości już wtedy był pod napięciem elektrycznym...
Ten niepowtarzalny zapach perfum, kiedy po raz pierwszy je wyczuła...
Jego wzrok, gdy ujrzał ją ubraną w piękną balową suknię...
Moment, w którym z uśmiechem podarował swej królowej cudowną różę...
Chwila, w której poczuła słodkie dźwięki jego gitary, zanim pękło jej serce...
A zaraz po tym bal. Bal, w którym nie potrafiła oprzeć się uczuciom. Gdy po raz pierwszy posłuchała serca, a nie rozumu...
Jego sposób wymawiania nazwiska Granger, który za każdym razem powodował ciarki na jej karku...
I ' - Zakochałem się ' na końcu.
Dopiero wtedy zorientowała się, że cały czas napiera na niego swym ciepłym wzrokiem. Ale to chyba mu nie przeszkadzało.

Draconowi także wszystko naraz pojawiło się w głowie, po czym na przypomnienie tych chwil, wygiął usta w magnetycznym uśmiechu, choć oczy na chwilę zdawały się być przygaszone.
Właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że jak dotąd, każde spotkanie z Granger było tajne, lub przypadkowe i tajne. Z wyjątkiem tych na balach. Ale na balach panują inne zasady i tylko wtedy nikt nie kierował w ich stronę dziwnych spojrzeń. ( No, oprócz pocałunku na boisku )
Nie mogli inaczej. Chcąc, nie chcąc - Ślizgoni i Gryfoni nigdy nie zostaną pojednani, a stereotyp pozostanie na zawsze, nie pozwalając tak znanym osobistościom i odwiecznym wrogom w szkole jak Draco Malfoy i Hermiona Granger obalić tych fałszywych spostrzeżeń.
Nie przystawało żadnemu szanującemu się Ślizgonowi podejść do stołu Gryffindoru i przywitać się z uśmiechem. ( Potter z Pansy i Blaise wraz z Emmą to co innego... Przecież wszechmocny Potter może wszystko, a Blaise...Blaise jest Blaise'm.)
To było nie na miejscu, dlatego teraz Draco patrzył na Hermionę z przywiązaniem, nie zamierzając spuścić wzroku. Chciał, by odczytała z jego spojrzenia jak bardzo wywróciła jego świat do góry nogami, jak splądrowała jego ciało, zagarniając serce dla siebie... I jak żałuje, że musiał ją tak parszywie zranić pamiętnego dnia na zalanym korytarzu... Pragnął także, by zrozumiała, jak bardzo była dla niego ważna i jak dziękuje jej za bliskość, której zaszczytu nigdy nie dostąpił.
I pomimo tego, że teraz nie mogli podejść do siebie i się uściskać, pogratulować przemowy, czy po prostu powiedzieć 'cześć', zdobył się na czarujący uśmiech.
Szkoła się skończyła i choć będzie mu brakowało jej dumnego Lwa na piersi i książek w rękach, teraz spojrzenia ludzi nie będą tak przenikające - stali się całkowicie dorośli i od tej chwili to oni byli władcami swego losu, a nie czuwający nad nimi Godryk i Salazar.
Nagle dosłyszał jak wszyscy stukają szkłem o szkło.
' - Nasze zdrowie, Granger. ' - Powiedział w myślach, wpatrując się w te z daleka widoczne miodowe tęczówki, znajdujące się na drugim końcu sali, jednocześnie odchylając w powietrzu swój kieliszek z szampanem ruchem charakterystycznym dla wznoszenia toastu, gdy Hermiona w odpowiedzi uczyniła to samo, uśmiechając się szczerze i gładko.
*Koniec muzyczki*



***


 ♫ *czytamy wolniutko i ze zrozumieniem i kiedy Celine zaczyna śpiewać!* Wszyscy powoli przenosili się już z wioski do Hogwartu, by przebrać się w normalne ubrania i delektować się resztą wolnego czasu na terytorium zamku.
Kilka osób miało zauważyć z niepokojem, że po wyjściu z Trzech Mioteł Hermiona ulotniła się prędko jak gaz, a pierwszym uczniem, któremu to nie umknęło był Joshua de Lambren.
- Oh, nie... - Jęknął cicho i żałośnie, wpatrując się w czubki ponurych sosen w Zakazanym Lesie, zanim w miarę swych możliwości pomknął w ich kierunku.




- O, Hermiono... - Odezwał się przepraszającym głosem, popchnąwszy żelazne drzwi w zapomnianych lochach.
W świetle słonecznym wydawało się, że Ślizgon wygląda nawet przyzwoicie; jakby nadawało mu blasku, ale teraz, w mroku Hermiona dojrzała te niemal odstające żebra wyłaniające się na czarnej todze, ciemne jak smoła cienie pod oczami i rodzące się zmarszczki, wypłowiały kolor włosów oraz wychudzone palce, które teraz wyglądały niczym kosmate szpony.

Joshua wpatrywał się jak Gryfonka zawzięcie kroi dość krótkim i ostrym nożem liście mandragory na drobne kawałeczki.
Sprawiała wrażenie, jakby ten eliksir uzdrawiający zależał od jej życia; z przejęciem wykonywała wszystkie kolejne czynności i udawała, że Ślizgona wcale z nią nie ma.
- Hermiono, przestań... - Zaczął ostrożnym tonem, delikatnie wyciągając rękę w stronę ciachającego noża. - ...Obydwoje wiemy, że to na nic...
Cofnął się szybko przerażony, gdy dziewczyna jak z procy uniosła zapłakaną głowę, a dłonią z nożem błyskawicznie uderzyła o blat stołu, ostrym końcem metalu ku górze.
- Josh, nie pozwolę, rozumiesz?! - Krzyknęła, połykając łzy. - ... Nie pozwolę... W wakacje pojedziemy do Nory... To dom Rona... Potem do Rumunii zobaczyć smoki Charlie'go Weasley'a... Nie pozwolę, żeby coś ci się teraz stało! - Dokończyła z powrotem ciachając zawzięcie, jak opętana.
Josh przybrał minę zbitego psa. Bał się powiedzieć cokolwiek, ale czynności Gryfonki były robione na darmo.
- ... Hermiono, moje ciało ma osiemnaście lat... A dusza o sto więcej... Ono stara się nadążył za swym prawdziwym czasem...
- Wiem to od dawna, Josh. Nie jestem głupia i zauważyłam to już dawno! - Odparła ostro, poprawiając włosy. Oddech miała płytki i szybki.

- ... Jesteś taka cudowna, Hermiono... - Oznajmił łagodniej, podchodząc bliżej niej. - ... Nie chcę, żebyś zapamiętała mnie jako pozbawionego zmysłów starca... - Dodał głosem poważnym, sam powstrzymując łzy.
Żałował, że nie spostrzegł tej luki w klątwie wcześniej. Żałował, że w ogóle tu się pojawił i poprzewracał czyjeś życia do góry nogami. Żałował każdej wylanej łzy Hermiony, którą kochał ponad życie i pragnął dla niej prawdziwego szczęścia.
Wiedział co musi zrobić i był na to stuprocentowo gotowy.
     Gdy ckliwie przyciągnął ją do siebie, by uściskać do siebie po raz ostatni, by poczuć cudowną woń jej włosów, pachnących zielonym jabłkiem i poczuć jej gorące łzy na piersi, ta nawet nie odrzuciła ostrza, tylko z histerycznym płaczem rzuciła się w jego objęcia.
Joshua oparł swą brodę na jej głowie, przymykając oczy ze smutkiem.
- ... Nigdy nie miałem złych zamiarów, Hermiono... - Szepnął do jej ucha, czując jak klatka piersiowa dziewczyny spazmatycznie się podnosi. - ... Szczęście twoje i Dracona zawsze było częścią mojego szczęścia... - Urwał, by przełknąć kolejną porcję łez. - ... Pokochałem cię, Hermiono, i nigdy nie przestanę, choć wiem, że już na zawsze pozostanie tak jak teraz... - Łza potoczyła mu się po kościstym policzku. - ... Ale przecież damy radę, prawda Hermiono? - Zapytał nieobecnym i drżącym głosem, próbując uśmiechnąć się delikatnie, gdy Gryfonka cicho łkała w jego szyję.-...Damy. - Odpowiedział sam sobie niesłyszalnym szeptem, kiedy ckliwie uchwycił wystający łokieć dziewczyny, a następnie tak samo ckliwie popchnął go do przodu.
W jednej chwili poczuł jak nóż trzymany przez dziewczynę przebija się przez jego cienką skórę, przez żebra, przy końcu natrafiając na serce.
Zakołysał się nieco, a Hermiona w jeden chwili odskoczyła od niego, ręką zasłaniając usta.
Pokręciła przecząco głową, jakby nie dowierzała temu co zrobił, a w następnej chwili ponownie była przy nim, chroniąc przed bolesnym upadkiem.
Czarna toga zaczęła intensywnie świecić, zbroczona krwią.
Cera Josh'a, niegdyś oliwkowa, teraz przybrała niezdrowy i blady odcień.
Gryfonka uklękła przed nim, zaczynając swą płaczliwą litanię od nowa, a gdy chłopak zdołał jeszcze podnieść rękę, od razu ją uchwyciła, głaszcząc kościste palce.
Nie mogła uwierzyć, że Joshua ośmielił się zrobić tak okropną rzecz, jeszcze jej niespodziewającą się niczego ręką.
- Nie możesz mnie opuścić, Josh... Nie teraz... - Błagała ochryple, przeklinając w głowie cały świat, za to że nie zabrała swojej różdżki.
Ślizgon już nie odpowiedział, ani się nie poruszył.
Nie mogła się dwa razy zastanawiać; chcąc odwdzięczyć się za wszystko co jej ofiarował, nachyliła się i obdarowała jego chłodne usta krótkim, słonym przez łzy pocałunkiem.
Po tym jeszcze niespodziewanie uchylił niemrawo oczy i ewidentnie chciał coś powiedzieć, lecz usta wypełniły mu się krwią, którą odkaszlnął z trudem.
Uśmiechnął się z bólem, gdy jego ręka przytrzymywana przez Hermionę upadła z głuchym łoskotem na zabrudzoną czerwienią podłogę.
Gryfonka oparła głowę na jego ramieniu, płacząc, jakby obdzierali ją ze skóry.
Nie było już ratunku. Nie zdążyłaby nikogo zawiadomić, ani uratować.
Jej ciało było ogarnięte paraliżem.
- Dziękuję, Hermiono... - Zdołał jeszcze wysapać, plując krwią. - ... Za to wszystko.
Dodał, tym samym kończąc swój przyziemny żywot, ociekający swą własną krwią Joshua de Lambren.

***

- Granger, wszyscy cię... Co to jest! - Krzyknął Draco, popchnąwszy drzwi do zapyziałych lochów, następując stopą na płynącą krew.
Większość osób zaczęła się niepokoić o Hermionę, lecz tylko Dracon wiedział gdzie jej szukać. - ... Granger? - Spytał niepewnym tonem, widząc jak Gryfonka nachyla się nad czyimś ciałem. Zamrugał szybko powiekami, jakby myślał, że oczy płatają mu figle.
Dziewczyna płakała dalej i dalej, mocniej i mocniej, nie zamierzając skończyć, lecz Ślizgon powoli podszedł do niej i odciągnął od truchła. Ta od razu odwracając wzrok, wpiła się z żalem w jego ciepłą pierś, okrwawionymi palcami brudząc jego szatę. Ale on o to nie dbał. Przyglądał się ciału Lambrena z pustką w oczach.
Jest martwy. - Pomyślał, lecz wtedy coś go żałośnie ukuło w sercu.
Nie potrafił wypowiedzieć innych słów, oprócz:
- Musimy stąd iść, Granger. - Szepnął, gdy gardło natychmiast mu zaschło.
Cudowne i romantyczne chwile z Draconem z pewnością były niesamowite, lecz to te ceniły się najbardziej; był wtedy, kiedy nie było nikogo. Zwykła obecność i prosty, najczulszy uścisk na świecie, w którym Hermiona znajdywała prawdziwe ukojenie były teraz najważniejsze.
Jego szmery uciszające płacz zaczęły powoli skutkować, choć nadal pociągała żałośnie nosem,
- Nie ruszę się stąd bez pogrzebu. - Odezwała się płaczliwym tonem.
Malfoy nie chciał, by ten ostatni dzień w Hogwarcie Gryfonka spędziła w głębokiej rozpaczy. Nigdy w życiu.
Josh teraz nie wyglądał wcale tak źle; można było rzec, że odszedł do zwykłej krainy snu - na jego ustach nadal widniał delikatny uśmiech.
Blondyn wyciągnął ze swej tylnej kieszeni różdżkę, a dziewczyna z trudem zadała sobie wtedy pytanie dlaczego to on ją miał, a nie ona, gdy nagle buchnął płomień pomarańczowego światła, a najbliższy stolik zajął się złowrogim ogniem.
- Gotowe. - Orzekł twardo, kiedy żółte płomienie zaczęły lizać stopy Joshua'y. - ...Najlepiej będzie, jeżeli zapomnisz o tym wszystkim, Granger. Nie chcę, żebyś więcej cierpiała. - Dodał, gładząc ją po rozpalonym czole, gdy już połowa zapyziałej sali od eliksirów uległa pożarowi.
Całe szczęście, że ogień mógł tu się rozprzestrzeniać - te lochy nie miały już żadnego połączenia z nową częścią zamku.
- Nie mogłabym zapomnieć o swoim przyjacielu. - Przyznała cicho Hermiona, łapiąc mocno Dracona za rękę, gdy w tym samym czasie żyrandol opadł z hukiem na ziemię, a chłopak natychmiast obronił Gryfonkę przed iskrami i popiołem.
Malfoy zatrzasnął wrota, na które rzucił zaklęcie trwałości, tak by ogień mógł doszczętnie zniweczyć klasę, nawet jeżeli miałoby to trwać kilka godzin, a Hermiona już przepełniona żałobą i smutkiem, co było najbardziej oczywiste, postanowiła być silna, twarda, a także ciesząca się życiem, bo to była rzecz jakiej pragnął Joshua.

------------------------------

Boję się Waszych reakcji - to moje jedyne słowa.

WAŻNE:
Pech chciał, że akurat na wakacje, mam problemy z internetem i nie mogę zagwarantować Wam konkretnych dat publikacji, gdyż ponieważ nie mam pojęcia u kogo i jak będę przepisywała rozdziały... Szkoda, oj szkoda:(

W każdym razie!
Jest to najdłuższy rozdział, sądzę, że najbardziej obfitujący w zdarzenia i dramatyzmy ( pisząc go popłakałam się dwa razy - na przemowie Herm i śmierci Josh'a ), więc mam nadzieję, że docenicie mój trud i pozostawicie po sobie jakikolwiek znak.

W czwartek wyjechałam do dziadków (rozdział dodała i opublikowała wszędzie jako ja moja przyjaciółka * Dziękujemy jej!* ) i nie będzie mnie do poniedziałku, czyli praktycznie zero pisania + brak internetu (*God, help!*) = Nie mam pojęcia co z nowym rozdziałem.

Módlcie się o nowy rozdział jak najszybciej!

Wesołych wakacji, kochani!
MoonSeer c: